poniedziałek, 13 marca 2017

od Carlos'a - cd. Chanyeol'a

Skrzywiłem się na widok cieczy na swojej tapicerce, mimowolnie podniosłem znad niej wzrok obserwując odchodzącego chłopaka. Otoczony porannym półmrokiem maszerował tak pewnie i bez zawahania mimo że za chwilę mógł zginąć. Był...niesamowity. Powoli zaczął znikać z mojego pola widzenia a ja nadal wytężałem wzrok jak przyczajone zwierzę gotowy wyskoczyć z auta i pobiec za nim.
Powinienem się już przyzwyczaić do tego że ludzie znikają i nie pojawiają się już drugi raz, zdarza się to przecież codziennie. Przejechałem dłońmi po kierownicy dobitnie uświadamiając sobie że byłem wobec niego zbyt bezpośredni. Znowu.
- Zachowuję się jak zdesperowana, stara panna - westchnąłem spoglądając na odbicie swoich oczu w lusterku, nosiły na sobie ślady nie wystarczającego odpoczynku. W końcu zamiast spać jak każdy człowiek gapiłem się na niego tak długo że odechciało mi się zasypiać.
Nacisnąłem pedał gazu z zamiarem udania się na służbę, jednak nagle przypomniałem sobie o czymś bardzo ważnym dla życia Chanyeol'a, ostro hamując wyskoczyłem z samochodu i nie myśląc wiele więcej skoczyłem do przodu. Nie miałem pojęcia gdzie biegnę ale to nie miało większego znaczenia, prześlizgiwałem wąskimi uliczkami i pokonywałem roztrzaskane auta. Krew uderzyła mi do głowy sprawiając że skupiałem się jedynie na pokonaniu kolejnej przeszkody na swojej drodze. W końcu chłopak znowu pojawił się w zasięgu mojego wzroku, jednak nadal za daleko. Przez chwilę obserwowałem jak żywiołowo dyskutuje o czymś z mężczyzną obok by po chwili oddechu pokonać pozostałe dzielące mnie od nich metry.
Słysząc moje kroki odwrócili się natychmiast łapiąc za broń, ja bynajmniej nie miałem zamiaru sięgać po swoją, jeszcze.
- Nie strzelaj. - Objąłem wzrokiem twarz czerwonowłosego, dopatrując się w niej zmian jakbym nie widział go co najmniej kilka lat. I dopatrzyłem się cienia strachu na jego twarzy, jak gdyby przypuszczał że jednak nie mam zamiaru puścić go wolno. 
Starszy mężczyzna opuścił broń unosząc głowę z domniemaną wyższością. 
- Kim jesteś?
- Chorąży William Royer. - Wyprostowałem się próbując zachować pozorny spokój, mimo że w środku i na zewnątrz targały mną różne czynniki. Facet skrzywił się robiąc krok tym samym odcinając mnie od Chanyeol'a. Przez chwilę stałem jak słup zupełnie ignorując jego zniecierpliwioną minę, wpatrywałem się w oczy chłopaka próbując wmówić sobie że jestem tu dlatego że gdyby go złapali miałbym ostro pod górkę, nic więcej. Jednak nie potrafiłem się okłamać, przybiegłbym za nim nawet gdyby nic mu nie groziło, co swoją drogą nie jest tutaj możliwe.
- Ehm. - Siwowłosy nadal trzymał gnata w ręce, dla własnego dobra powinienem wybić sobie jego syna z głowy- doszedłem do tego w jakąś minutę od spojrzenia w jego ciemne oczy.
- Pana syn jest poszukiwany listem gończym. - Spluwa została wymierzona w moją stronę, najwyraźniej nie miał zamiaru wysłuchać mnie do końca.
- Ilu was tu jest?! - warknął. Naprawdę bardzo mocno cisnęła mi się na usta fraza "Nie dasz rady z jednym", mimo to przełknąłem swoją dumę wymuszając na sobie formalny uśmiech.
- Jest jeden degenerat, proszę pana. - Próbowałem w jakiś magiczny sposób zmienić barwę swojego głosu na mniej zirytowany, nie jestem pewien czy mi się udało. - Jeśli nie opuścicie miasta w tej chwili- zawiśniecie. 


<Chanyeol? Taki tam zwrot akcji>

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz