Mallory spojrzała na Luciena, którego twarz mówiła jasno, że powiedział coś czego mówić nie zamierzał. Ostrożnie poprawiła kosmyki włosów poszarpane przez wiatr, po czym zacisnęła wargi w prostą linię. Wyszła z drewnianego domu zapewniającego względne bezpieczeństwo i wkroczyła w świat pełen śmierci zmieszanej z brutalnością oraz cierpieniem. Musiała być stanowcza. Musiała być odpowiedzialna. Musiała być na powrót Hamiltonem.
Chciała odpowiedzieć Lucienowi, że ona też woli zostać, ale usta i struny głosowe ruszyły z miejsca wyrzucając słowa uzgodnione wcześniej z częścią kobiety pragnącą wrócić do stanu sprzed kilku dni. Do stanu kiedy jedyną osobą na której Mallory zależało był jej brat.
- Do Detroit mamy spory kawałek, więc staraj się nie ociągać. - Poprawiła ramiączko plecaka i zdecydowanym krokiem ruszyła przed siebie. Paznokcie prawej ręki wbiła głęboko w nadgarstek lewej, kurczowo ściskającej pistolet, by nie odwrócić się po raz ostatni w kierunku domu. By Lucien nie zobaczył, że zbiera jej się na płacz.
Chciała odpowiedzieć Lucienowi, że ona też woli zostać, ale usta i struny głosowe ruszyły z miejsca wyrzucając słowa uzgodnione wcześniej z częścią kobiety pragnącą wrócić do stanu sprzed kilku dni. Do stanu kiedy jedyną osobą na której Mallory zależało był jej brat.
- Do Detroit mamy spory kawałek, więc staraj się nie ociągać. - Poprawiła ramiączko plecaka i zdecydowanym krokiem ruszyła przed siebie. Paznokcie prawej ręki wbiła głęboko w nadgarstek lewej, kurczowo ściskającej pistolet, by nie odwrócić się po raz ostatni w kierunku domu. By Lucien nie zobaczył, że zbiera jej się na płacz.
_____
W ciągu dwóch godzin marszu zachowywali się w stosunku do siebie najchłodniej jak się dało. Gdy tylko nie panowała cisza, rzucali kąśliwe uwagi na temat rozsznurowanego buta, rozpiętego plecaka, niepotrzebnie zabranych książek czy zwolnionego tempa. Mallory czuła, że z każdym kolejnym słowem Luciena jej irytacja wzrasta co najmniej dwukrotnie. Ta "koleżeńska" wymiana zdań nie skończyła by się zapewne najlepiej gdyby na niebie nie pojawiły się czarne chmury sprawiając, że słoneczny dzień przedwcześnie przybrał barwy nocy. Z każdą chwilą wiało coraz mocniej i mocniej, a z oddali do uszu wędrowców dobiegały grzmoty.
- Musimy się gdzieś schować - powiedziała Mallory.
- Nie słyszę cię! - wrzasną Lucien starając się zagłuszyć wichurę.
Dokładnie w tamtym momencie zaczęło padać i nie był to bynajmniej rześki wiosenny deszczyk. Z nieba lunęły litry lodowatej wody, które w kilka chwil sprawiły, że ubranie kobiety przykleiło się do jej ciała. Grzmoty stawały się coraz głośniejsze.
- Chodź! - Mallory złapała Luciena za rękę i biegiem rzuciła się przed siebie, Musieli znaleźć schronienie, bo jeśli któreś z nich złapie infekcję to los obojga będzie przypieczętowany.
Odbijali się od grząskiej ziemi, mijali wygięte pod nienaturalnym kątem drzewa i starali się nie wywrócić, spychani na prawo przez bezlitosne podmuchy wiatru. Nagle Mallory poczuła jak coś ciągnie ją w dół. Tym czymś okazał się Lucien, który poślizgnął się na mokrej ściółce i upadł. Próbowała złapać równowagę, ale ciało odmówiło posłuszeństwa. Kobieta runęła jak długa na ziemię. Ostry ból przeszył jej nos, którym z niesłyszalnym przez nawałnice chrzęstem, uderzyła w podłoże. Gorąca krew spłynęła po wargach i brodzie, by szybko zmieszać się z lodowatym deszczem. Mallory zaczęła powoli wstawać kiedy zobaczyła nadbiegającego zarażonego. Wiatr zrzucał go z wyznaczonego kursu, ale zwierzęca żądza okazała się silniejsza od żywiołu. Pokryty grzybem mężczyzna rzucił się na nią z wrzaskiem, który porwała wichura. Mallory w ostatnim momencie przeturlała się pozwalając zarażonemu uderzyć w mokrą ziemię. Nie czekając ani chwili, kobieta wyciągnęła kuchenny nóż ze specjalnie przygotowanej przez siebie kieszeni i siadając biegaczowi na plecach kilkakrotnie wbiła go w kark mężczyzny. Bordową krew zmył deszcz, a następnie porwał wiatr. Mallory z trudem dźwignęła się na nogi i szybko zlustrowała Luciena wzrokiem. Choć jego twarz była bledsza niż trupa, wyglądało na to, że nic mu się nie stało. Niebo rozjaśniła siatka błyskawic, a grzmot, który przyszedł chwilę później, kobieta poczuła w okolicach mostka.
Nagle Lucien wskazał na coś przed nimi. Chociaż Mallory niczego nie dostrzegła, podążyła za mężczyzną i w ciągu paru minut, siłując się z wiatrem i ulewą, dotarli do wielkiego szarego budynku wybudowanego tuż przy granicy lasu. Przeszli przez dziurę w kamiennym murze, a następnie weszli do środka.
Choć ociekała wodą, wszędzie miała pełno błota i z nosa sączyła jej się krew to kobieta poczuła niezwykłą ulgę. W końcu odgłosy nawałnicy osłabły, gdy tylko zamknęli drzwi.
Przed wędrowcami otworzył się długi korytarz, którego drugi koniec ginął w ciemnościach.
Mallory podeszła do Luciena.
- Niezły początek - szepnęła mu do ucha, po czym dała mężczyźnie pistolet. - Będziesz mnie ubezpieczał. Celuj w głowę, ale strzelaj tylko w ostateczności. Umiesz, prawda?
Lucien pokiwał tylko w odpowiedzi głową.
Mallory złapała wygodniej rękojeść noża i wytarła rękawem krew, która skapywała jej z brody.
<Lucien? Niech się stanie masa zainfekowanych.>

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz