Obserwowałem jakby z boku wymianę zdań między z Calem, a tatą i gotów byłem coś zrobić, gdyby posunęło się to za daleko. Widząc nabierający złości wyraz twarzy rodziciela, położyłem dłoń na jego ramieniu w celu komfortowym, aby nie zaczął działać pochopnie, a drugą obniżyłem broń, nie chcąc żeby strzelił do mężczyzny
- Tata ostatnio zmuszony był zostawić pojazd nie wiadomo gdzie, a bez powodu kolejnego nam nie dadzą - stwierdziłem, nie odsuwając żadnej z dłoni.
- Yeollie co ty robisz? - ciche słowa wydostały się z usta mojego taty, które zostały przeze mnie zignorowane - Nigdzie się nie ruszam i ty też nie - dodał oburzony, a ja zacisnąłem jedynie mocniej dłoń na jego ramieniu i spojrzałem na Cala, po chwili jednak ojciec dał radę się wyrwać i podejść bliżej do Royer'a - Nigdzie nie idziemy. Jak już, to ty pójdziesz z nami. Jako obrona - szok próbujący dostać się na moją twarz ukazał się przez głośniejsze niż zwykle przełknięcie śliny.
Ku mojemu zaskoczeniu, mundurowy się zgodził i zostawiając mnie w szoku poszedł wspólnie z moim tatą w stronę głównych bram. Pocierałem materiał kurki nerwowo między palcami, idąc za dwójką starszą ode mnie.
Nie wiem jak, ale przez bramę przeszliśmy bez większego problemu. Dopiero później zauważyłem to, że tata nie próbuje nawet bezpiecznie przeprowadzić Cal'a wśród pałętających się Świetlików, co wzbudzało we mnie jeszcze większą paranoję. Nie chciałem, aby z mojej winy ciemnowłosemu coś się stało. To, co się stało później przeleciało mi jednak przed oczami jakby w zwolnionym tempie, a i tak nie byłem w stanie, aby cokolwiek zrobić. Od momentu, gdy tata dał komuś znak ręką, przez przybycie grupy Świetlików, do zaczęcia ciągnięcia Royer'a gdzieś ze sobą, który w tym układzie przez przewagę liczebną nie miał szans. Stojąc za to w miejscu, patrzyłem na całe wydarzenie, zawieszając najpierw wzrok na tacie, który szedł razem z nimi, a kończąc na barkach Cal'a, który może i niezbyt spokojnie, ale szedł razem z nimi
- Chanyeol, też masz iść - usłyszałem chrapliwy głos ze strony jednego z mężczyzn, który trzymał żołnierza, a ja kiwnąłem lekko głową i przyspieszyłem kroki, nie będąc pewnym gdzie go zabierają, choć za każdym przybliżeniem do miejsca docelowego, nieprzyjemna myśl pojawiała się w mojej głowie.
Wchodząc do jednego z budynków, usunąłem się z drogi przejścia, będąc również zaciągniętym w róg przez tatę i szokiem nie było nagłe zebranie się większej ilości w pomieszczeniu, gdzie widząc jak sadzają Cal'a w widocznym miejscu. Miałem wrażenie jakbym był w starożytnym Rzymie ze względu na to całe zbiorowisko. To była jedna z nielicznych rzeczy jaką zapamiętałem z lekcji i czego nigdy nie rozumiałem. Co jest interesującego w patrzeniu na cierpienie innej osoby? W tej sytuacji takiej, która nawet nic nie zrobiła. Wzdrygnąłem się, słysząc pierwszy zadany cios w jego stronę i zmusiłem siebie na spojrzenie w stronę torturowanego, powstrzymując się dla własnego dobra przed wyrwaniem się i zrobieniem czegoś. Na twarzy nie miałem wymalowanych żadnych, konkretnych emocji, w środku mając ich za to za dużo.
Po nie wiem nawet jakim czasie, wszyscy usunęli się z parterowego budynku, gdzie najpierw zrobiłem to samo, idąc wspólnie z tatą do oddzielonego pokoju
- Nie wiem po co to zrobiłeś - wyrzuciłem, sięgając po jedną z nielicznych butelkę z wodą i biorąc z niej duży łyk.
- To człowiek z armii, Chanyeol. Nie potrzebujemy takich na karku - stwierdził, a ja parsknąłem cicho pod nosem.
- I tak mam jeszcze dodatkowe sto lub tysiąc za sobą, więc jeden wiele nie robi - skwitowałem, kierując się w stronę wyjścia.
- A ty gdzie? Powinieneś tutaj siedzieć - rozkazał, na co było już za późno, ponieważ zniknąłem za drzwiami, rozglądając się najpierw za żywą duszą, która mogłaby podejrzewać mnie o cokolwiek.
Czekając najpierw na rozluźnienie na zewnątrz, wyszedłem z głównego budynku, kierując się do miejsca gdzie zostawiony został Royer i znalazłem się w środku, cicho zamykając nienaoliwione drzwi. Spojrzałem kątem oka na niego, oblizując po chwili lekko wyschnięte wargi i ukucnąłem na przeciwko niego, utrzymując z nim kontakt wzrokowy
- Co tutaj robisz? - spytał, zostając zignorowanym, ponieważ bardziej pochłonięty byłem obserwacją poranionego ciała mężczyzny, przyprowadzając się do zmysłów dopiero po jakimś czasie i nic nie mówiąc, złapałem chłopaka za podbródek i odchyliłem mu głowę do tyłu, przysuwając potem butelkę z wodą do ust - Piłeś z tego? - spytał po opróżnieniu butelki do połowy, a ja wywróciłem oczami.
- Nie umrzesz - stwierdziłem, stawiając przedmiot na ziemi - I no, przepraszam. W jakiejś części jesteś tu z mojej winy - dodałem, podnosząc się z ziemi.
- Gdyby nie twój ojciec, to bym się tutaj nie znalazł - parsknął, a ja zostawiłem to bez odpowiedzi, wiedząc że to prawda.
Stałem chwilę w ciszy, która powoli mnie przytłaczała. Spojrzałem za okno, widząc niewielką liczbę ludzi, którzy na moje nieszczęście szli w stronę budynku, w którym przebywałem. Złapałem czarnookiego za oba policzki, przysuwając się samemu w jego stronę i złożyłem niedługi pocałunek na jego ustach, dając się sobie samemu zatracić.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz