Tępy nóż ze szczękiem odskoczył od upartego denka puszki. Ześlizgnął się po metalu i zatopił w skórze mężczyzny. Lucien zaklął paskudnie i uniósł krwawiącą dłoń do ust.
- Nie chciałam cię aż tak przestraszyć, wybacz - mruknęła Mallory, usiłując ukryć uśmiech. Howland rzucił kobiecie ciężkie spojrzenie. Zmarszczyła lekko brwi.
- Co masz przeciwko otwieraczom do puszek?
Coś ciemnoszarego z brzękiem opadło na blat. Dopiero po chwili kobieta rozpoznała smukły uchwyt i korbkę, teraz wygiętą pod niemożliwym kątem.
- Jak? - zapytała. Lucien wzruszył z irytacją ramionami.
- Wrodzony talent. Nie mogłem znaleźć niczego innego, a chyba przydałoby się móc otworzyć jedzenie. No wiesz, tam.
Oboje zamilkli. Mroczne "tam" rzuciło cień na kuchnię, a myśli powędrowały gdzieś poza bezpieczny budynek. Wreszcie na wargi Mallory wpłynął nieśmiały uśmiech.
- Nie mam nic przeciwko otwieraniu puszek w ten sposób, o ile nie odetniesz sobie rąk, bo w końcu ich braknie.
- To trochę przykre, że nasza relacja opiera się w głównej mierze na słabych żartach o jedzeniu. - Lucien uśmiechnął się krzywo, wycierając nóż z własnej krwi. Ostrze strategicznie wbiło się w silnie ukrwione miejsce, przez co sytuacja przedstawiała się dość dramatycznie, choć samo rozcięcie nie było poważne. Przycisnął do rany ścierkę, która momentalnie zaczęła wchłaniać czerwoną ciecz. Trochę jak wampir, przemknęło mu przez myśl.
- Niestety, tylko takie umiem opowiadać.
- Dobra, nieważne. Może się wykrwawię, będzie po kłopocie - warknął Lucien, odrzucając ścierkę na blat. Czystą ręką podał Mallory talerz wypełniony szynką konserwową i podejrzanie wyglądającymi owocami. Kobieta uniosła lekko brwi, jednak na swoje szczęście nie skomentowała wykwintnego dania. W najlepszym wypadku skończyłoby się to wykładem na temat gotowania w trudnych warunkach.
Zgodnie ze zwyczajem, przenieśli się do salonu, na wysłużoną kanapę, która z jękiem przyjęła dodatkowy ciężar. Jakiś czas ciszę wypełniały tylko odgłosy jedzenia i wściekłe uderzenia wiatru. Sprawiały wrażenie, jakby chciały obrócić w niwecz bezpieczny azyl dwojga osobliwych znajomych.
Lucien odłożył talerz i podciągając jedną nogę na siedzenie, wsparł łokieć na oparciu. Zmierzył zajętą opróżnianiem swojej miski Mallory uważnym spojrzeniem. Złapała je, a w migdałowych oczach pojawiło się pytanie.
- Zastanawiają mnie trzy rzeczy. Nie, jednak cztery. Albo pięć. - Jego oblicze zachmurzyło się, gdy usiłował liczyć w pamięci. - Co śniło ci się wczorajszej nocy, że zdecydowałaś się pogodzić, czego mogliśmy zapomnieć, jak chcę uczcić ostatnią, a reszty chyba ci oszczędzę.
Mallory wbiła wzrok w swoje dłonie.
- Na pierwsze nie odpowiesz, co?
Przeczący ruch głową wystarczył mężczyźnie za odpowiedź.
- W takim razie reszta. - Rozejrzał się po pomieszczeniu, odtwarzając w głowie listę rzeczy spakowanych do plecaka. Nieprzyzwoita ilość konserw, prowizoryczna broń, połowa nożyczek, plastikowa butelka z wodą i niepasującą nakrętką, apteczka, ubrania. Nawet parę cienkich książek, których nie mógł tak po prostu zostawić na pastwę losu. Nawet, jeżeli nigdy ich nie przeczyta.
Bez odpowiedzi pozostało jeszcze jedno.
Przekopał się przez wspomnienia z podróży po domu, w które wyprawiał się, gdy nie mógł zasnąć. Wreszcie natrafił na perełkę, stojącą w gabinecie. Niemal stuletni, indyjski gramofon na korbę i kolekcję igieł.
Lucien zerwał się z kanapy i złapał Mallory za rękę.
-Tańczysz?
_____
Stali w leniwych promieniach słońca, przyglądając się uważnie frontowym drzwiom białego domu. Niebo pozbyło się chmur, jednak wiatr jak na złość wiał jeszcze mocniej niż poprzedniego wieczoru. Teraz szarpał niemiłosiernie włosy i ubrania. Tylko parę kroków dzieliło dwoje niepewnych ludzi od schodów, od nieznanego. Zdawało się, że każdy następny silniejszy podmuch może zdmuchnąć ich z bezpiecznego ganku.
Lucien niepewnie pogładził zniszczone drewno. Czuł pod dłonią drzazgi. Farba łuszczyła się i zostawała na palcach. Twarz Mallory rozjaśniła się nagle.
- Mam pomysł - oznajmiła, sięgając do plecaka. Szukała czegoś, omal nie wywalając całej zawartości. Wreszcie wyprostowała się z tryumfem w oczach. W dłoni ściskała scyzoryk. Otworzyła go sprawnym ruchem i przywarła do drzwi. Minęło parę wypełnionych natarczywym skrobaniem minut, zanim cofnęła się o parę kroków, krytycznie przyglądając się swojemu dziełu.
Bezwiedny uśmiech wpłynął na twarz Luciena. Na drzwiach widniało jedno słowo: "Dom".
Howland z wahaniem wziął od kobiety nożyk i koślawo wydrapał w drewnie swoje imię. Gestem zachęcił ją do zrobienia tego samego. Przekrzywiając głowy patrzyli na trzy wyrazy, które prawdopodobnie wkrótce w ten czy inny sposób znikną z wypaczonej powierzchni. Wreszcie poczuli, że nie mogą dłużej zostać. Że biały budynek trzeba oddać we władanie nikomu.
To Mallory pierwsza zrobiła krok na przód i zeszła po schodach. Lucien przesunął dłonią po spękanej balustradzie, pragnąc odciągnąć chwilę ostatecznego odejścia w nieskończoność. Krzywiąc się, postawił wreszcie obutą stopę na trawie. Wziął głęboki oddech i obejrzał się przez ramię.
- Nie chcę stąd odchodzić. - Dopiero po chwili zdał sobie sprawę, że wypowiedział swoje myśli na głos.
<Mallory? Wybacz przerwę.>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz