środa, 8 marca 2017

od Mallory - cd. Luciena

W pierwszym odruchu Mallory miała ochotę pobiedź za Lucienem. Wypluć całą swoją złość i frustrację. Zrzucić mu na głowę ciężar, który przygniatał jej serce. Odwróciła się, zrobiła jeden krok, po czym gwałtownie zamarła. Pięści zacisnęły się, a powietrze powoli wypełzło z płuc. I nagle wściekłość ustąpiła miejsca goryczy zmieszanej z niepohamowanym żalem.
Mallory usiadła na łóżku Luciena, po czym wplotła palce w burzę czarnych włosów.
Przed wybuchem epidemii naukowcy planując lot na Marsa próbowali rozwiązać problem jak astronauci wytrzymają to psychicznie. Zamknięci razem w jednym miejscu przez dłuższy czas, daleko od dobrze znanych im rzeczy.
Mallory czuła się właśnie tak jakby ją wsadzono do ciasnej kapsuły i wystrzelono w kosmos. Zdana jedynie na siebie, błądziła, po zapomnianym świecie starając się udawać, że nic się nie zmieniło. W takim wypadku kłótnie z Lucienem były czymś zupełnie naturalnym. Czymś czego nie dało się uniknąć.
Mallory położyła się na łóżku i objęła rękami brzuch. Zastanawiała się właśnie co powinna zrobić, gdy nagle z dołu dobiegł głośny brzęk. Odgłos nerwowych kroków, trzaski, szuranie.
Kobieta uniosła się na łokciach.
- Lucien? - zapytała niepewnie, a w odpowiedzi powietrze przeszyło donośne klikanie.
Mallory skoczyła na równe nogi i jak burza wparowała do swojego pokoju.
Pistolet, pomyślała, po czym zaczęła nerwowo szukać go pod poduszką. Nic jednak nie znalazła. Ręce przeczesywały pościel, unosiły materac, rozbebeszały szafki. Z dołu dobiegł brzęk tłuczonego szkła, a chwilę później krzyk. Potworny wrzask cierpienia i wściekłości. Mallory czuła jak adrenalina gotowała się jej w żyłach, jak serce próbowało wyskoczyć z piersi, jak mięśnie gwałtownie zesztywniały. W końcu dłoń natrafia na lodowaty metal. Znalazła go. Znalazła pistolet.
Dało się słyszeć kolejny krzyk, który odbił się echem po głowie kobiety.
Lucien, pomyślała i wybiegła z pokoju. Szybko dotarła na półpiętro, gdzie gwałtownie zamarła.
Krew. Wszędzie było pełno krwi. Obryzgane ściany, zalana podłoga, nasiąknięta cieczą kanapa, a koło niej czyjeś ciało. Jasne włosy, blada karnacja, drobna postura.
Mallory skoczyła do przodu i chwyciła twarz martwego człowieka w dłonie. Twarz Luciena.
Chciała krzyczeć, bić i płakać. Chciała, żeby wrócił. Żeby nie leżał bez ducha na drewnianej podłodze. Żeby mogli się nawzajem przeprosić.
Mallory przyłożyła swój policzek do jego. Krew Luciena sącząca się jeszcze z rozerwanej tętnicy, pokornie łączyła się z łzami kobiety.
Nagle ostre pazury wbiły się w jej ciało i zaczęły rozszarpywać skórę. Zaskoczona Mallory odepchnęła je z całej siły, po czym stanęła oko w oko z Klikaczem. Głowę w całości pokrywał żółty grzyb, a z wyszczerzonych zębów skapywała gęsta krew.
Mallory czuła jak zaczyna ogarniać ją panika. Zamroczona żalem, po śmierci Luciena zupełnie nie pomyślała, że ten który rozpłatał mu gardło może czaić się gdzieś w pobliżu.
Kobieta uniosła broń, nacisnęła spust, ale nic się nie wydarzyło. Zarażony wydał z siebie przerażający ryk i rzucił się do ataku. Mallory chciała zacząć biec, jednak coś skoczyło jej na plecy. Poczuła ból nie do opisania, a ciemna krew trysnęła silnym strumieniem i spłynęła po ramieniu.
Upadła z głośnym łoskotem na ziemię. Zrobiło jej się gorąco, przyjemnie gorąco. Ostatnią rzeczą jaką zobaczyła była twarz Luciena. Sine usta i puste oczy.
_____

Mallory gwałtownie siadła na łóżku. Po plecach spływał jej zimny pot, a ciało drżało. Dotknęła delikatnie swojej szyi spodziewając się poszarpanej rany, ale zamiast tego napotkała rozgrzaną skórę. Kobieta poderwała się i zbiegła na parter.
Lucien siedział na kanapie z założonymi rękoma. Przygryzając delikatnie wargę wbił wzrok w zabite deskami okno.
Mallory ze świstem wypuściła powietrze z płuc i oparła się o ścianę. To był tylko zły sen. Tylko zły sen. Z całej siły zacisnęła powieki, aż drobne światełka zatańczyły jej przed oczami. Czuła się wrakiem, który pracuje na oparach paliwa.
- Mallory? - Głos Luciena rozciął panującą ciszę. Gorycz wykrzywiała mu twarz, ale w miarę jak lustrował kobietę wzrokiem, zaczęła ustępować niepokojowi i zdziwieniu. - Coś ci się dzieje? - Jego brwi zjechały się pośrodku. 
Mallory ostrożnie zeszła po schodach i usiadała obok Luciena. Pochyliła się opierając łokcie na kolanach i zaczęła bawić swoimi palcami.
- Chciałam powiedzieć, że nie powinniśmy się kłócić o takie bzdury. To bez sensu - powiedziała po chwili milczenia.
Mężczyzna pokiwał nieznacznie głową.
- Ale co do jednego miałeś rację. - Mallory wyprostowała się i spojrzała Lucienowi prosto w oczy. Jego tęczówka delikatnie drgała. - Musimy ruszać.

_____

Po krótkiej rozmowie zdecydowali, że już następnego dnia rano skierują się do Detroit. Spakowali się w milczeniu, zabierając najpotrzebniejsze rzeczy. Mallory udało się zupełnie przez przypadek wygrzebać jeszcze szwajcarski scyzoryk, mapę Kanady i stare karty. Wsunęła to wszystko do plecaka razem ze zdjęciem swojego rodzeństwa. Wzięła też długi prysznic i przygotowała ubranie na jutro: szarą bluzkę, czerwoną bluzę, czarną kurtkę, dżinsy oraz parę sportowych butów.
Kiedy słońce chyliło się już ku zachodowi, Mallory weszła do kuchni, gdzie Lucien kończył szykować kolację.
- To nasza ostatnia noc tutaj. Chcemy ją jakoś uczcić? - zapytała niepewnie kobieta, opierając się o blat.


<Lucien? Było dramatycznie c:  >

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz