wtorek, 7 marca 2017

od Luciena - cd. Mallory

Lucien oparł policzek o czubek głowy Mallory. Kasztanowe włosy łaskotały jego nos, ale miał to gdzieś. Miał świadomość, że jego umysł powinien mu podsuwać obrazy masakry na kampusie, twarzy człowieka, którego wepchnął w troskliwe ramiona zarażonego albo tamtej wysokiej dziewczyny, którą namówił do kupna ketaminy w całkiem atrakcyjnej cenie. Chociaż przed oczami powinien mieć wizję niechybnej śmierci i cierpienia, to jego myśli wypełniał tylko słodki zapach karmelu i ciepło na ramieniu. Z zaskoczeniem zdał sobie sprawę, że nie chce wracać. Bo do czego? Klatki schodowej, śmierdzącej lewym alkoholem? Mieszkania pełnego książek, których nigdy nie przeczyta? Ojca, który w momentach przebłysków pamięci podświadomie obwinia syna za to, że oddycha? Biały budynek z trupem w ogrodzie, zabarykadowanymi drzwiami i drobną kobietą z obsesją na punkcie brata stał się dla niego bardziej namacalną namiastką domu niż jakiekolwiek miejsce w Detroit.
- O czym myślisz? - zapytała Mallory szeptem. W ciszy miękki głos wydawał się nie na miejscu. Wiatr zawył wściekle jakby w wyrazie oburzenia tą bezczelnością. Lucien uśmiechnął się krzywo.
- O jedzeniu. - Kłamstwo przeszło zaskakująco gładko przez sine w tym świetle usta. Chichot Mallory stłumił potencjalne wyrzuty sumienia. W końcu "cel uświęca środki".
- To jedyny słuszny temat.
Jasny śmiech Luciena odbił się od ciszy. Nie mogąc powstrzymać uśmiechu, odchylił głowę do tyłu, opierając ją o chłodną ścianę. Nad nimi nie było już sypiącego się tynku, tylko migoczące gwiazdy na czarnym niebie. Czuł się lekki. 
_____

- Byłbyś łaskaw nie zostawiać swoich ciuchów na blacie w kuchni?
Lucien podniósł oczy znad czytanej książki tylko po to, żeby materiał przysłonił mu wspartą na biodrze Mallory. Ściągnął z twarzy, jak się okazało, swoją koszulę. Skrzywił lekko usta. 
- Rzucasz się jakby to co najmniej był twój blat.
- Może i zapomniałam aktu własności, ale za to aktualne oboje z niego korzystamy. Choć najwidoczniej mamy różne rozumienie celu istnienia tego pieprzonego blatu. 
Mężczyzna westchnął ciężko i wrócił do lektury. Atmosfera w skrzypiącym domu stała się tak gęsta, że Lucien miał ochotę wziąć swoją połowę nożyczek i ją przeciąć. Odkąd poprzedniego ranka obudzili się na podłodze jego tymczasowego pokoju, coś zaczęło trzeszczeć. Irytację wzbudzały błahostki, jak zatrzaśnięta książka, rozrzucony koc na leciwej kanapie czy kałuża na płytkach łazienki. Nie był do końca pewny przyczyny. Gdyby dochodzić prawdy, z pewnością wyszłoby na jaw, że wina leży w większości po jego stronie, jak zwykle. 
- Pomyślałam, żeby wyjść założyć wnyki, więc ty robisz dzisiaj obiad. 
- Tia. - mruknął, nie odrywając wzroku od liter. Nie mógł się skupić, wciąż powracał do tego samego zdania, a im częściej go czytał, tym bardziej wydawało się pozbawione sensu. Zaczął rozważać przeczytanie wypowiedzi Behemota na głos, tym samym sugerując dyskretnie Mallory, że przeszkadza. Dało się słyszeć pełne zniecierpliwienia cmoknięcie i szybkie kroki, niemal w tym samym momencie, książka zatrzasnęła się z trzaskiem przy okazji przycinając mu palce, po czym głuchym tąpnięciem oznajmiła światu, że spadła na podłogę.
- Pojebało cię do reszty?! - krzyknął mężczyzna zrywając się ze zmęczonego łóżka. Kiedy spojrzał na Mallory, w jasnych oczach czaiła się nieskrywana furia. Podobnie jak na twarzy kobiety.
- Wiem, że ucieczka to twoja specjalność, ale, kurna, nie ignoruj mnie. Mam serdecznie dość twojego nieogarnięcia.
- Och, wybacz, księżniczko, ale chyba mam to gdzieś. Jakbyś nie zauważyła, to ten dom jest martwy.
- I to oznacza, że mamy zgnić we wszystkich twoich gratach, bo jesteś zbyt leniwy, żeby od razu po sobie posprzątać? - Jej głos ociekał jadem. - Tak bardzo jesteś uzależniony od swojej służby?
- Kto to mówi! To nie ja budzę się z krzykiem każdej nocy, bo tęsknię za braciszkiem!
- Nie mieszaj w to mojego brata!
Lucien zaniósł się pozbawionym wesołości śmiechem.
- Jego nie da się w to nie mieszać! Czy kiedykolwiek zrobiłaś coś, nie myśląc o nim? Pieprzyć też się będziesz, jeśli się zgodzi?
Kobieta aż się cofnęła. Zamrugała parę razy, trawiąc to, co usłyszała. W następnej chwili przysunęła się do Luciena jak atakująca kobra, wymierzając mu siarczysty policzek. Nie wyprostował się od razu, jedynie przyłożył chłodne palce do piekącej skóry. Krew z przygryzionej wargi smakowała jak metal.
- Nie wierzę, że chociaż przez chwilę sądziłam, że mam szczęście, że na ciebie trafiłam. - syknęła. Już nie mówiła głośno, ale z jakiegoś powodu zimny ton brzmiał w uszach mężczyzny gorzej niż wrzask. - Wiesz, dlaczego boisz się zmian? Bo kiedy inni idą do przodu, ty zostajesz w tyle, ale za każdym razem wmawiasz sobie, że to nie twoja wina. Jesteś suką, Lucien. Zasługujesz na to, żeby być samotny.
Stali w pokoju wypełnionym zbyt wieloma emocjami i poczuciem krzywdy. Każde z nich czuło ciężar wypowiedzianych słów, których żadna siła nie była w stanie cofnąć. 
- Jak twoja noga? - warknął niespodziewanie Lucien przez zaciśnięte zęby. Mallory zmarszczyła brwi, nagle zbita z tropu.
- Moja noga? W porządku. - Bezwiednie powędrowała wzrokiem do zabandażowanej kostki. 
- To świetnie. - Lucien był zaskoczony chorą ilością lodu i goryczy w swoim głosie. - W takim razie możemy wreszcie wyruszać. 
Wyminął kobietę i wyszedł z pokoju. 


<Mallory? Zabierz ode mnie te piosenki. Proszę.>

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz