Mallory nigdy w swoim życiu nie piła alkoholu. Nie chodziło tu jednak o brak sposobności do wychynięcia kieliszka czy jakieś moralne bariery. Powodem był Hamilton, który twierdził, że picie przytępia zmysły i zmniejsza szanse na przetrwanie. Ale choć wciąż w kółko to powtarzał sam nigdy sobie nie żałował. Mallory zaczęła więc poważnie myśleć o spróbowaniu chociaż odrobiny znalezionego wina. Skoro jej brat mógł to dlaczego ona nie?
- Otwieramy? - zapytał mężczyzna, a w jego oczach błysnęły iskierki podniecenia.- Trzeba w końcu jakoś uczcić pamięć Dana.
- Masz niezwykły dar przekonywania, Lucien. Naprawdę - rzuciła z przekąsem i wzięła do rąk butelkę. Przejechała palcami po wyblakłej etykietce. - Jak myślisz, ile ma lat?
- Czy to ważne? Podobno im starsze tym lepsze. W kredensie widziałem kilka kieliszków, więc będzie jak znalazł. - Lucien odwrócił się na pięcie.
- Chcesz coś do tego zjeść? Ja nie mam szczególnie ochoty, ale możemy otworzyć jedną z...- zaczęła Mallory, ale mężczyzna wpadł jej w słowo.
- Daj spokój. Po chowaniu gnijącego trupa to jest ostatnia rzecz o której myślę.
Kąciki ust kobiety zaczęły delikatnie drgać nie mogąc się zdecydować czy opaść na wzmiankę o Danie czy podnieść się w uśmiechu z powodu obrzydzenia znajomego.
_____
Ani Mallory, ani Lucien nie byli później wstanie zrozumieć jak to się właściwie stało, że w przeciągu kilku minut pusta butelka zaczęła toczyć się po kuchennym stole, a oni naśmiewać z Jones'a.
- Widziałeś jego minę? Mój brat zawsze taką robił jak matka przyłapywała go na czytaniu Playboy'a! - Mallory uderzyła otwartą dłonią w blat. - O boże, popłakałam się.
Lucien zatoczył się ze śmiechu i przez przypadek strącił swój kieliszek na podłogę. Szkło z brzękiem rozprysnęło się na podłodze.
- To już trzeci. Wiesz może gdzie kupię nowe? Ale muszą pasować do kompletu! - Lucien bawił się w najlepsze. - Tylko dokładnie z takim wzorkiem. O, widzisz? - Podniósł kieliszek Mallory i cały rozpromieniony jak dziecko, zaczął jej pokazywać wyżłobienia w szkle. - Myślisz, że takie dostanę? Myślisz?
- Wyprodukowali to w Chinach więc możesz mieć mały problem.
Oboje po raz kolejny wybuchnęli śmiechem.
- Nie sądziłem, że masz talent do takich beznadziejnych żartów - Lucien poklepał pocieszająco Mallory po ramieniu.
- Jeszcze dużo o mnie nie wiesz.
Głupawka zaczęła powoli mijać i oboje siedzieli przez chwilę w milczeniu wlepiając pusty wzrok w blat stołu. Nagle jednak Mallory poczuła, że zbiera jej się na płacz.
- Boże jaka jestem głupia - parsknęła kobieta i ukryła twarz w dłoniach. - Zawiodłam Hamiltona. Co ja w ogóle robię ze swoim życiem. To bez sensu. Zasłużyłam na tego cholernego grzyba... Tamten zarażony powinien był mnie ugryźć, a nie podrapać...
Łzy zaczęły potokami płynąć z jej oczu i choćby nie wiem jak się starała nie mogła zatamować tej powodzi. Położyła więc przedramiona na stole i wcisnęła twarz w zagięcie łokcia. Słona woda momentalnie wsiąkała w rękaw.
Lucien milczał chwilę, zupełnie zbity z tropu, ale kiedy w końcu się odezwał Mallory zrobiło się lżej na sercu.
- Nie mam pojęcia jakie są twoje relacje z tym całym Hamiltonem i nie będę w nie wnikać, jednak nie powinnaś się teraz załamywać. Żyjesz i to jest ważne. Myślę, że byłby zadowolony jak dobrze sobie radzisz. Uratowałaś mi skórę. To też się liczy. A jeśli już tak bardzo chcesz umrzeć to zabij się sama. Nie czekaj, aż ktoś cię łaskawie zarazi, albo rozszarpie na kawałeczki.
Mallory chciała odpowiedzieć w mądry sposób, ale poczuła jak robi jej się niedobrze.
- Zaraz się porzygam. Nigdy więcej alkoholu na pusty żołądek. Nigdy.
_____
Od pogrzebu Dana minął cały tydzień. W tym czasie nowym mieszkańcom ogromnego domu udało się doprowadzić jego wnętrze do porządku, przeczytać trzy książki, ułożyć puzzle i nauczyć funkcjonować obok siebie. Noga Mallory z każdym dniem wyglądała coraz lepiej, a siniaki zaczynały tracić kolor. Czuła się też swobodnie i niezwykle lekko. Jakby zupełnie zapomniała, że na zewnątrz grasują zarażeni.
Obecność Luciena, która wcześniej wydawała się kobiecie nienaturalna, stała się nagle codziennością i czymś co utrzymywało jej wewnętrzny spokój. Z Hamiltonem spędzała prawie cały swój czas jeszcze przed wybuchem epidemii, więc znała go prawie na wylot i intuicyjnie wyczuwała co chce zrobić. Lucien był zaś dla Mallory zagadką. Każdego dnia dowiadywała się o nim czegoś nowego. Że potrafi czytać do góry nogami, ma swoje dziwne rytuały i ciężko znosi zmiany. Lubiła go bo przypominał jej książkę do której ktoś wciąż doklejał nowe kartki.
_____
Pewnej nocy zerwał się okropny wiatr nie pozwalający Mallory zmrużyć oczu nawet na chwilę. Wierciła się z boku na bok, odgarniała włosy, sprawdzała czy pistolet leży pod poduszką. Dzień wcześniej postanowili z Lucienem, że będą spać w osobnych pomieszczeniach na pierwszym piętrze. Ona zajęła pokój należący dawniej do nastolatki, a on ten z odryglowanym oknem.
Wiatr z każdą chwilą coraz mocniej napierał na fasadę domu, głośno świszcząc i bulgocząc.
W końcu Mallory nie wytrzymała i zsunęła się z łóżka. Miała na sobie czarną bluzkę z krótkim rękawem oraz ciemne getry. Ręka objęła pistolet. Z kuchennego noża, który w prawdzie był lepszy do cichej eliminacji, zrezygnowała po tym jak niechcący się nim skaleczyła. Wszystko przez Luciena, który wystraszył ją w nocy wywracając regał z książkami. Zdezorientowana Mallory złapała nóż za ostrze zamiast za rękojeść.
Podłoga skrzypiała delikatnie pod stopami kobiety gdy ta zrobiła mały obchód domu. Wszędzie było nienaturalnie pusto i cicho. Drzwi wejściowe wyglądały na dobrze zabezpieczone, a patrząc przez szpary między w deskami, którymi zabito okna, nie dostrzegła żadnego zarażonego. Tylko targane wiatrem drzewa.
Mallory wróciła z powrotem na górę i ostrożnie otworzyła drzwi do pokoju Luciena. W pomieszczeniu panował lekki półmrok, a pod jedną ze ścian piętrzyła się piramida książek zniesionych przez mężczyznę. Łóżko było jak zwykle puste.
Lucien siedział w kącie pokoju oparty o ścianę, z jedną nogą wyprostowaną, a drugą zgiętą. Popatrzył na kobietę lekko zdziwiony.
- Więc w końcu śmierć po mnie przyszła. Ale widzę, że zmieniłaś kosę na pistolet. Nowocześnie. - Uśmiechnął się w ten charakterystyczny dla siebie sposób.
Mallory prychnęła cicho rozumiejąc jak musiała wyglądać. Ubrana na czarno kobieta o ciemnych włosach i jasnej skórze, ściskająca w ręce pistolet.
Usiadła obok mężczyzny na podłodze, po czym puściła rękojeść broni i przeczesała dłonią włosy.
- Też nie możesz spać? - zapytała.
- Jak widać.
- Sama nie wiem, które z nas zasługuje bardziej na tytuł Wielkiego niewyspanego. - Mallory zgięła kolana i objęła je rękoma.
- Musimy się nim podzielić na pół. Tak będzie najsprawiedliwiej. Ja zostanę Lucienem Wielkim, a ty Mallory Niewyspaną - mężczyzna uśmiechnięty od ucha do ucha wbił wzrok w sufit.
- Ej - zaśmiała się i szturchnęła go łokciem w bok.
- No co? Przecież jest sprawiedliwie. Równiutko po połowie.
- Jasne, Lucienie Wielki.
Wiatr po raz kolejny z furią rozbił się o dom, a podłoga delikatnie zadygotała.
- Może się nie zawali - powiedziała Mallory i oparła głowę o ramię Luciena. Chociaż powinna odczuwać strach przed zarażonymi, którzy mogli zakraść się zupełnie niezauważeni, to kobieta zupełnie się nimi nie przejmowała. Była szczęśliwa.
<Lucien? Wizja dobiegła końca>

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz