niedziela, 26 marca 2017

od Carlos'a - cd. Chanyeol'a

Wbiłem wzrok w powoli oddalającą się twarz czerwonowłosego, gdyż okalanie wszystkiego wzrokiem było jedyną rzeczą skuty człowiek mógł robić. Chanyeol uśmiechnął się delikatnie jakby z politowaniem, na jego jasnej skórze rumieniec wyglądał tak niewinnie.
- Już mnie żegnasz? - Próbowałem się zaśmiać, jednak przytłaczająca powaga sytuacji uświadamiała mi że to na prawdę może być pożegnanie nie tylko z nim, ale z całym tym światem.
- Jakoś cię stąd wyciągnę, wytrzymaj. - Te słowa sprawiły że mimowolnie mój planowany uśmiech stał się tylko pobłażliwym uniesieniem brwi, przeniosłem wzrok na łańcuch na moich dłoniach i kłódkę która jakimś cudem nie była zardzewiała, a ważyła pewnie z kilogram.
- Zdecyduj się czy chcesz mojej śmierci czy nie. - Oparłem głowę o sypiącą się ścianę, kilka godzin bez możliwości ruchu powoli dawało się odczuć. Chłopak skrzywił się zaciskając usta, zdecydowanie robił to zbyt często a ja poświęcałem im zbyt dużo uwagi jak na upływ zaledwie doby i zaistniałą sytuację. Przypatrywałem się jego zaszklonym oczom zastanawiając się co takiego zrobiłem niebiosom że na niego wpadłem, i co takiego było w nim wyjątkowego co sprawiało że tak bardzo zmiękłem i byłem w stanie pozwolić się zabić gdyby tylko sobie tego zażyczył. Chanyeol podniósłszy się z ziemi wbił swój wzrok w coś za oknem, następnie spojrzał na mnie i odwrócił się z wyraźnym zamiarem opuszczenia pomieszczenia.
- W moim samochodzie jest radio. - Chłopak kiwnął lekko głową po czym zniknął mi z oczu. Głośno wypuściłem powietrze z płuc zmagając się z zardzewiałymi łańcuchami na moich kończynach, nie mogąc wykonać żadnego ruchu próbowałem nie uświadamiać sobie swojej bezbronności wobec uzbrojonych ludzi którzy nieuchronnie zmierzali w tym kierunku.
Nie byłem typem który panicznie bałby się śmierci i błagał o litość, bynajmniej nie miałem zamiaru żegnać się ze światem, nie w ten sposób, nie tamtego dnia, nie w tamtym miejscu. Poczułem zimny dreszcz na swoim ciele gdy po kilkunastu minutach drzwi otworzyły się a podłoga ugięła się pod naciskiem ciężkich butów, wstąpiła we mnie marna nadzieja że to "moi" ludzie, prysnęła gdy tylko metalowy pręt trzasnął o posadzkę zaraz obok mnie. 
- Łeb do góry. - Unosząc głowę do góry napotkałem parszywy ryj faceta który próbował wybić mi zęby jakieś dwie godziny temu, ugryzłem się w język próbując nie uronić żadnej obelgi która mogłaby mnie sporo kosztować. Poczułem że odpięli łańcuchy od ściany więc szarpnąłem się do góry powalając niedoszłego dentystę na ziemię, natychmiast dopadło do mnie jeszcze dwóch i zrobili ze mną to samo, na tyle mocno bym na chwilę stracił przytomność. Otworzyłem oczy natychmiast czując w ustach metaliczny posmak krwi, miałem wrażenie że mój nos rozsypał się na kawałki. 
- Tak się odwdzięczacie za dobre chęci? - prychnąłem próbując w jakiś sposób wyostrzyć nadal dość rozmazany obraz.
- Jeden za sześciu to miłosierdzie z naszej strony. - Jeden z mężczyzn zawisnął nade mną niczym cień przypatrując się mojej sponiewieranej twarzy i nagle uśmiechnął się. Uśmiechnął się tak obrzydliwie szeroko, byłem pewien że normalni ludzie nie są w stanie tak rozciągnąć szczęki. I wtedy złapał mnie za barki zaciskając ręce na tyle mocno by być pewnym że sprawi mi ból by następnie szarpnąć mną do góry i zmusić do podniesienia się. Odwróciłem głową słysząc jak człowiek w bandanie na twarzy przesuwa po podłodze jakąś skrzynię, wtedy dotarło do mnie że zrobią ze mną dokładnie to samo co robiliśmy z ich ludźmi - powieszą mnie. Zanim zdążyłem przetworzyć tą myśl, dwóch facetów podniosło mnie do góry zmuszając bym stanął na skrzyni. I mój spokój poszedł w pizdu, zacząłem się szarpać i kląć podczas gdy oni z uśmiechami na twarzach założyli mi pętlę na szyję. Drzwi znów trzasnęły i zanim któryś z katów zdążył się zorientować do pokoju wparował ojciec Chanyeol'a z wściekłością wymalowaną na twarzy, był prawie czerwony gdy stanął przede mną i zadzierając głowę do góry warknął:
- Gdzie jest mój syn?! - Posłałem mu jedynie bezczelny uśmiech, czując jak zdejmują łańcuchy z moich rąk i nóg na prawdę się go nie bałem. Azjata przygryzł wargę spoglądając na mnie, gdy nagle wyraz jego twarzy rozpogodził się i mruknął - Dobra. Bez znaczenia. - Kopnął skrzynię pode mną, także aż odjechała kawałek dalej a ja nieprzygotowany od razu spadłem w dół podduszając się, udało mi się jednakże podciągnąć do góry i złapać oddech. - Zobaczymy jak długo wytrzymasz. - Słowom mężczyzny zawtórował cichy śmiech pozostałych. Sam sobie to zgotowałem - stwierdziłem spoglądając na uśmiechniętego mężczyznę - mogłem po prostu zapomnieć.


<Chanyeol?>

poniedziałek, 20 marca 2017

od Mallory - cd. Luciena

Mallory spojrzała na Luciena, którego twarz mówiła jasno, że powiedział coś czego mówić nie zamierzał. Ostrożnie poprawiła kosmyki włosów poszarpane przez wiatr, po czym zacisnęła wargi w prostą linię. Wyszła z drewnianego domu zapewniającego względne bezpieczeństwo i wkroczyła w świat pełen śmierci zmieszanej z brutalnością oraz cierpieniem. Musiała być stanowcza. Musiała być odpowiedzialna. Musiała być na powrót Hamiltonem.
Chciała odpowiedzieć Lucienowi, że ona też woli zostać, ale usta i struny głosowe ruszyły z miejsca wyrzucając słowa uzgodnione wcześniej z częścią kobiety pragnącą wrócić do stanu sprzed kilku dni. Do stanu kiedy jedyną osobą na której Mallory zależało był jej brat.
- Do Detroit mamy spory kawałek, więc staraj się nie ociągać. - Poprawiła ramiączko plecaka i zdecydowanym krokiem ruszyła przed siebie. Paznokcie prawej ręki wbiła głęboko w nadgarstek lewej, kurczowo ściskającej pistolet, by nie odwrócić się po raz ostatni w kierunku domu. By Lucien nie zobaczył, że zbiera jej się na płacz.
_____

W ciągu dwóch godzin marszu zachowywali się w stosunku do siebie najchłodniej jak się dało. Gdy tylko nie panowała cisza, rzucali kąśliwe uwagi na temat rozsznurowanego buta, rozpiętego plecaka, niepotrzebnie zabranych książek czy zwolnionego tempa. Mallory czuła, że z każdym kolejnym słowem Luciena jej irytacja wzrasta co najmniej dwukrotnie. Ta "koleżeńska" wymiana zdań nie skończyła by się zapewne najlepiej gdyby na niebie nie pojawiły się czarne chmury sprawiając, że słoneczny dzień przedwcześnie przybrał barwy nocy. Z każdą chwilą wiało coraz mocniej i mocniej, a z oddali do uszu wędrowców dobiegały grzmoty. 
- Musimy się gdzieś schować - powiedziała Mallory.
- Nie słyszę cię! - wrzasną Lucien starając się zagłuszyć wichurę.
Dokładnie w tamtym momencie zaczęło padać i nie był to bynajmniej rześki wiosenny deszczyk. Z nieba lunęły litry lodowatej wody, które w kilka chwil sprawiły, że ubranie kobiety przykleiło się do jej ciała. Grzmoty stawały się coraz głośniejsze.
- Chodź! - Mallory złapała Luciena za rękę i biegiem rzuciła się przed siebie, Musieli znaleźć schronienie, bo jeśli któreś z nich złapie infekcję to los obojga będzie przypieczętowany.
Odbijali się od grząskiej ziemi, mijali wygięte pod nienaturalnym kątem drzewa i starali się nie wywrócić, spychani na prawo przez bezlitosne podmuchy wiatru. Nagle Mallory poczuła jak coś ciągnie ją w dół. Tym czymś okazał się Lucien, który poślizgnął się na mokrej ściółce i upadł. Próbowała złapać równowagę, ale ciało odmówiło posłuszeństwa. Kobieta runęła jak długa na ziemię. Ostry ból przeszył jej nos, którym z niesłyszalnym przez nawałnice chrzęstem, uderzyła w podłoże. Gorąca krew spłynęła po wargach i brodzie, by szybko zmieszać się z lodowatym deszczem. Mallory zaczęła powoli wstawać kiedy zobaczyła nadbiegającego zarażonego. Wiatr zrzucał go z wyznaczonego kursu, ale zwierzęca żądza okazała się silniejsza od żywiołu. Pokryty grzybem mężczyzna rzucił się na nią z wrzaskiem, który porwała wichura. Mallory w ostatnim momencie przeturlała się pozwalając zarażonemu uderzyć w mokrą ziemię. Nie czekając ani chwili, kobieta wyciągnęła kuchenny nóż ze specjalnie przygotowanej przez siebie kieszeni i siadając biegaczowi na plecach kilkakrotnie wbiła go w kark mężczyzny. Bordową krew zmył deszcz, a następnie porwał wiatr. Mallory z trudem dźwignęła się na nogi i szybko zlustrowała Luciena wzrokiem. Choć jego twarz była bledsza niż trupa, wyglądało na to, że nic mu się nie stało. Niebo rozjaśniła siatka błyskawic, a grzmot, który przyszedł chwilę później, kobieta poczuła w okolicach mostka. 
Nagle Lucien wskazał na coś przed nimi. Chociaż Mallory niczego nie dostrzegła, podążyła za mężczyzną i w ciągu paru minut, siłując się z wiatrem i ulewą, dotarli do wielkiego szarego budynku wybudowanego tuż przy granicy lasu. Przeszli przez dziurę w kamiennym murze, a następnie weszli do środka.
Choć ociekała wodą, wszędzie miała pełno błota i z nosa sączyła jej się krew to kobieta poczuła niezwykłą ulgę. W końcu odgłosy nawałnicy osłabły, gdy tylko zamknęli drzwi.
Przed wędrowcami otworzył się długi korytarz, którego drugi koniec ginął w ciemnościach.
Mallory podeszła do Luciena.
- Niezły początek - szepnęła mu do ucha, po czym dała mężczyźnie pistolet. - Będziesz mnie ubezpieczał. Celuj w głowę, ale strzelaj tylko w ostateczności. Umiesz, prawda? 


Lucien pokiwał tylko w odpowiedzi głową. 
Mallory złapała wygodniej rękojeść noża i wytarła rękawem krew, która skapywała jej z brody. 


<Lucien? Niech się stanie masa zainfekowanych.>

od Luciena - cd. Mallory

Tępy nóż ze szczękiem odskoczył od upartego denka puszki. Ześlizgnął się po metalu i zatopił w skórze mężczyzny. Lucien zaklął paskudnie i uniósł krwawiącą dłoń do ust.
- Nie chciałam cię aż tak przestraszyć, wybacz - mruknęła Mallory, usiłując ukryć uśmiech. Howland rzucił kobiecie ciężkie spojrzenie. Zmarszczyła lekko brwi.
- Co masz przeciwko otwieraczom do puszek?
Coś ciemnoszarego z brzękiem opadło na blat. Dopiero po chwili kobieta rozpoznała smukły uchwyt i korbkę, teraz wygiętą pod niemożliwym kątem. 
- Jak? - zapytała. Lucien wzruszył z irytacją ramionami. 
- Wrodzony talent. Nie mogłem znaleźć niczego innego, a chyba przydałoby się móc otworzyć jedzenie. No wiesz, tam. 
Oboje zamilkli. Mroczne "tam" rzuciło cień na kuchnię, a myśli powędrowały gdzieś poza bezpieczny budynek. Wreszcie na wargi Mallory wpłynął nieśmiały uśmiech.
- Nie mam nic przeciwko otwieraniu puszek w ten sposób, o ile nie odetniesz sobie rąk, bo w końcu ich braknie. 
- To trochę przykre, że nasza relacja opiera się w głównej mierze na słabych żartach o jedzeniu. - Lucien uśmiechnął się krzywo, wycierając nóż z własnej krwi. Ostrze strategicznie wbiło się w silnie ukrwione miejsce, przez co sytuacja przedstawiała się dość dramatycznie, choć samo rozcięcie nie było poważne. Przycisnął do rany ścierkę, która momentalnie zaczęła wchłaniać czerwoną ciecz. Trochę jak wampir, przemknęło mu przez myśl.
- Niestety, tylko takie umiem opowiadać. 
- Dobra, nieważne. Może się wykrwawię, będzie po kłopocie - warknął Lucien, odrzucając ścierkę na blat. Czystą ręką podał Mallory talerz wypełniony szynką konserwową i podejrzanie wyglądającymi owocami. Kobieta uniosła lekko brwi, jednak na swoje szczęście nie skomentowała wykwintnego dania. W najlepszym wypadku skończyłoby się to wykładem na temat gotowania w trudnych warunkach.
Zgodnie ze zwyczajem, przenieśli się do salonu, na wysłużoną kanapę, która z jękiem przyjęła dodatkowy ciężar. Jakiś czas ciszę wypełniały tylko odgłosy jedzenia i wściekłe uderzenia wiatru. Sprawiały wrażenie, jakby chciały obrócić w niwecz bezpieczny azyl dwojga osobliwych znajomych. 
Lucien odłożył talerz i podciągając jedną nogę na siedzenie, wsparł łokieć na oparciu. Zmierzył zajętą opróżnianiem swojej miski Mallory uważnym spojrzeniem. Złapała je, a w migdałowych oczach pojawiło się pytanie. 
- Zastanawiają mnie trzy rzeczy. Nie, jednak cztery. Albo pięć. - Jego oblicze zachmurzyło się, gdy usiłował liczyć w pamięci. - Co śniło ci się wczorajszej nocy, że zdecydowałaś się pogodzić, czego mogliśmy zapomnieć, jak chcę uczcić ostatnią, a reszty chyba ci oszczędzę. 
Mallory wbiła wzrok w swoje dłonie.
- Na pierwsze nie odpowiesz, co?
Przeczący ruch głową wystarczył mężczyźnie za odpowiedź. 
- W takim razie reszta. - Rozejrzał się po pomieszczeniu, odtwarzając w głowie listę rzeczy spakowanych do plecaka. Nieprzyzwoita ilość konserw, prowizoryczna broń, połowa nożyczek, plastikowa butelka z wodą i niepasującą nakrętką, apteczka, ubrania. Nawet parę cienkich książek, których nie mógł tak po prostu zostawić na pastwę losu. Nawet, jeżeli nigdy ich nie przeczyta. 
Bez odpowiedzi pozostało jeszcze jedno. 
Przekopał się przez wspomnienia z podróży po domu, w które wyprawiał się, gdy nie mógł zasnąć. Wreszcie natrafił na perełkę, stojącą w gabinecie. Niemal stuletni, indyjski gramofon na korbę i kolekcję igieł. 
Lucien zerwał się z kanapy i złapał Mallory za rękę. 
-Tańczysz?
_____

Stali w leniwych promieniach słońca, przyglądając się uważnie frontowym drzwiom białego domu. Niebo pozbyło się chmur, jednak wiatr jak na złość wiał jeszcze mocniej niż poprzedniego wieczoru. Teraz szarpał niemiłosiernie włosy i ubrania. Tylko parę kroków dzieliło dwoje niepewnych ludzi od schodów, od nieznanego. Zdawało się, że każdy następny silniejszy podmuch może zdmuchnąć ich z bezpiecznego ganku. 
Lucien niepewnie pogładził zniszczone drewno. Czuł pod dłonią drzazgi. Farba łuszczyła się i zostawała na palcach. Twarz Mallory rozjaśniła się nagle.
- Mam pomysł - oznajmiła, sięgając do plecaka. Szukała czegoś, omal nie wywalając całej zawartości. Wreszcie wyprostowała się z tryumfem w oczach. W dłoni ściskała scyzoryk. Otworzyła go sprawnym ruchem i przywarła do drzwi. Minęło parę wypełnionych natarczywym skrobaniem minut, zanim cofnęła się o parę kroków, krytycznie przyglądając się swojemu dziełu. 
Bezwiedny uśmiech wpłynął na twarz Luciena. Na drzwiach widniało jedno słowo: "Dom".
Howland z wahaniem wziął od kobiety nożyk i koślawo wydrapał w drewnie swoje imię. Gestem zachęcił ją do zrobienia tego samego. Przekrzywiając głowy patrzyli na trzy wyrazy, które prawdopodobnie wkrótce w ten czy inny sposób znikną z wypaczonej powierzchni. Wreszcie poczuli, że nie mogą dłużej zostać. Że biały budynek trzeba oddać we władanie nikomu. 
To Mallory pierwsza zrobiła krok na przód i zeszła po schodach. Lucien przesunął dłonią po spękanej balustradzie, pragnąc odciągnąć chwilę ostatecznego odejścia w nieskończoność. Krzywiąc się, postawił wreszcie obutą stopę na trawie. Wziął głęboki oddech i obejrzał się przez ramię. 
- Nie chcę stąd odchodzić. - Dopiero po chwili zdał sobie sprawę, że wypowiedział swoje myśli na głos. 


<Mallory? Wybacz przerwę.>

wtorek, 14 marca 2017

od Chanyeol'a - cd. Carlos'a


Obserwowałem jakby z boku wymianę zdań między z Calem, a tatą i gotów byłem coś zrobić, gdyby posunęło się to za daleko. Widząc nabierający złości wyraz twarzy rodziciela, położyłem dłoń na jego ramieniu w celu komfortowym, aby nie zaczął działać pochopnie, a drugą obniżyłem broń, nie chcąc żeby strzelił do mężczyzny
- Tata ostatnio zmuszony był zostawić pojazd nie wiadomo gdzie, a bez powodu kolejnego nam nie dadzą - stwierdziłem, nie odsuwając żadnej z dłoni.
- Yeollie co ty robisz? - ciche słowa wydostały się z usta mojego taty, które zostały przeze mnie zignorowane - Nigdzie się nie ruszam i ty też nie - dodał oburzony, a ja zacisnąłem jedynie mocniej dłoń na jego ramieniu i spojrzałem na Cala, po chwili jednak ojciec dał radę się wyrwać i podejść bliżej do Royer'a - Nigdzie nie idziemy. Jak już, to ty pójdziesz z nami. Jako obrona - szok próbujący dostać się na moją twarz ukazał się przez głośniejsze niż zwykle przełknięcie śliny.
Ku mojemu zaskoczeniu, mundurowy się zgodził i zostawiając mnie w szoku poszedł wspólnie z moim tatą w stronę głównych bram. Pocierałem materiał kurki nerwowo między palcami, idąc za dwójką starszą ode mnie.
Nie wiem jak, ale przez bramę przeszliśmy bez większego problemu. Dopiero później zauważyłem to, że tata nie próbuje nawet bezpiecznie przeprowadzić Cal'a wśród pałętających się Świetlików, co wzbudzało we mnie jeszcze większą paranoję. Nie chciałem, aby z mojej winy ciemnowłosemu coś się stało. To, co się stało później przeleciało mi jednak przed oczami jakby w zwolnionym tempie, a i tak nie byłem w stanie, aby cokolwiek zrobić. Od momentu, gdy tata dał komuś znak ręką, przez przybycie grupy Świetlików, do zaczęcia ciągnięcia Royer'a gdzieś ze sobą, który w tym układzie przez przewagę liczebną nie miał szans. Stojąc za to w miejscu, patrzyłem na całe wydarzenie, zawieszając najpierw wzrok na tacie, który szedł razem z nimi, a kończąc na barkach Cal'a, który może i niezbyt spokojnie, ale szedł razem z nimi
- Chanyeol, też masz iść - usłyszałem chrapliwy głos ze strony jednego z mężczyzn, który trzymał żołnierza, a ja kiwnąłem lekko głową i przyspieszyłem kroki, nie będąc pewnym gdzie go zabierają, choć za każdym przybliżeniem do miejsca docelowego, nieprzyjemna myśl pojawiała się w mojej głowie.
Wchodząc do jednego z budynków, usunąłem się z drogi przejścia, będąc również zaciągniętym w róg przez tatę i szokiem nie było nagłe zebranie się większej ilości w pomieszczeniu, gdzie widząc jak sadzają Cal'a w widocznym miejscu. Miałem wrażenie jakbym był w starożytnym Rzymie ze względu na to całe zbiorowisko. To była jedna z nielicznych rzeczy jaką zapamiętałem z lekcji i czego nigdy nie rozumiałem. Co jest interesującego w patrzeniu na cierpienie innej osoby? W tej sytuacji takiej, która nawet nic nie zrobiła. Wzdrygnąłem się, słysząc pierwszy zadany cios w jego stronę i zmusiłem siebie na spojrzenie w stronę torturowanego, powstrzymując się dla własnego dobra przed wyrwaniem się i zrobieniem czegoś. Na twarzy nie miałem wymalowanych żadnych, konkretnych emocji, w środku mając ich za to za dużo.
Po nie wiem nawet jakim czasie, wszyscy usunęli się z parterowego budynku, gdzie najpierw zrobiłem to samo, idąc wspólnie z tatą do oddzielonego pokoju
- Nie wiem po co to zrobiłeś - wyrzuciłem, sięgając po jedną z nielicznych butelkę z wodą i biorąc z niej duży łyk.
- To człowiek z armii, Chanyeol. Nie potrzebujemy takich na karku - stwierdził, a ja parsknąłem cicho pod nosem.
- I tak mam jeszcze dodatkowe sto lub tysiąc za sobą, więc jeden wiele nie robi - skwitowałem, kierując się w stronę wyjścia.
- A ty gdzie? Powinieneś tutaj siedzieć - rozkazał, na co było już za późno, ponieważ zniknąłem za drzwiami, rozglądając się najpierw za żywą duszą, która mogłaby podejrzewać mnie o cokolwiek.
Czekając najpierw na rozluźnienie na zewnątrz, wyszedłem z głównego budynku, kierując się do miejsca gdzie zostawiony został Royer i znalazłem się w środku, cicho zamykając nienaoliwione drzwi. Spojrzałem kątem oka na niego, oblizując po chwili lekko wyschnięte wargi i ukucnąłem na przeciwko niego, utrzymując z nim kontakt wzrokowy
- Co tutaj robisz? - spytał, zostając zignorowanym, ponieważ bardziej pochłonięty byłem obserwacją poranionego ciała mężczyzny, przyprowadzając się do zmysłów dopiero po jakimś czasie i nic nie mówiąc, złapałem chłopaka za podbródek i odchyliłem mu głowę do tyłu, przysuwając potem butelkę z wodą do ust - Piłeś z tego? - spytał po opróżnieniu butelki do połowy, a ja wywróciłem oczami.
- Nie umrzesz - stwierdziłem, stawiając przedmiot na ziemi - I no, przepraszam. W jakiejś części jesteś tu z mojej winy - dodałem, podnosząc się z ziemi.
- Gdyby nie twój ojciec, to bym się tutaj nie znalazł - parsknął, a ja zostawiłem to bez odpowiedzi, wiedząc że to prawda.
Stałem chwilę w ciszy, która powoli mnie przytłaczała. Spojrzałem za okno, widząc niewielką liczbę ludzi, którzy na moje nieszczęście szli w stronę budynku, w którym przebywałem. Złapałem czarnookiego za oba policzki, przysuwając się samemu w jego stronę i złożyłem niedługi pocałunek na jego ustach, dając się sobie samemu zatracić.


<Carlos?>

poniedziałek, 13 marca 2017

od Carlos'a - cd. Chanyeol'a

Skrzywiłem się na widok cieczy na swojej tapicerce, mimowolnie podniosłem znad niej wzrok obserwując odchodzącego chłopaka. Otoczony porannym półmrokiem maszerował tak pewnie i bez zawahania mimo że za chwilę mógł zginąć. Był...niesamowity. Powoli zaczął znikać z mojego pola widzenia a ja nadal wytężałem wzrok jak przyczajone zwierzę gotowy wyskoczyć z auta i pobiec za nim.
Powinienem się już przyzwyczaić do tego że ludzie znikają i nie pojawiają się już drugi raz, zdarza się to przecież codziennie. Przejechałem dłońmi po kierownicy dobitnie uświadamiając sobie że byłem wobec niego zbyt bezpośredni. Znowu.
- Zachowuję się jak zdesperowana, stara panna - westchnąłem spoglądając na odbicie swoich oczu w lusterku, nosiły na sobie ślady nie wystarczającego odpoczynku. W końcu zamiast spać jak każdy człowiek gapiłem się na niego tak długo że odechciało mi się zasypiać.
Nacisnąłem pedał gazu z zamiarem udania się na służbę, jednak nagle przypomniałem sobie o czymś bardzo ważnym dla życia Chanyeol'a, ostro hamując wyskoczyłem z samochodu i nie myśląc wiele więcej skoczyłem do przodu. Nie miałem pojęcia gdzie biegnę ale to nie miało większego znaczenia, prześlizgiwałem wąskimi uliczkami i pokonywałem roztrzaskane auta. Krew uderzyła mi do głowy sprawiając że skupiałem się jedynie na pokonaniu kolejnej przeszkody na swojej drodze. W końcu chłopak znowu pojawił się w zasięgu mojego wzroku, jednak nadal za daleko. Przez chwilę obserwowałem jak żywiołowo dyskutuje o czymś z mężczyzną obok by po chwili oddechu pokonać pozostałe dzielące mnie od nich metry.
Słysząc moje kroki odwrócili się natychmiast łapiąc za broń, ja bynajmniej nie miałem zamiaru sięgać po swoją, jeszcze.
- Nie strzelaj. - Objąłem wzrokiem twarz czerwonowłosego, dopatrując się w niej zmian jakbym nie widział go co najmniej kilka lat. I dopatrzyłem się cienia strachu na jego twarzy, jak gdyby przypuszczał że jednak nie mam zamiaru puścić go wolno. 
Starszy mężczyzna opuścił broń unosząc głowę z domniemaną wyższością. 
- Kim jesteś?
- Chorąży William Royer. - Wyprostowałem się próbując zachować pozorny spokój, mimo że w środku i na zewnątrz targały mną różne czynniki. Facet skrzywił się robiąc krok tym samym odcinając mnie od Chanyeol'a. Przez chwilę stałem jak słup zupełnie ignorując jego zniecierpliwioną minę, wpatrywałem się w oczy chłopaka próbując wmówić sobie że jestem tu dlatego że gdyby go złapali miałbym ostro pod górkę, nic więcej. Jednak nie potrafiłem się okłamać, przybiegłbym za nim nawet gdyby nic mu nie groziło, co swoją drogą nie jest tutaj możliwe.
- Ehm. - Siwowłosy nadal trzymał gnata w ręce, dla własnego dobra powinienem wybić sobie jego syna z głowy- doszedłem do tego w jakąś minutę od spojrzenia w jego ciemne oczy.
- Pana syn jest poszukiwany listem gończym. - Spluwa została wymierzona w moją stronę, najwyraźniej nie miał zamiaru wysłuchać mnie do końca.
- Ilu was tu jest?! - warknął. Naprawdę bardzo mocno cisnęła mi się na usta fraza "Nie dasz rady z jednym", mimo to przełknąłem swoją dumę wymuszając na sobie formalny uśmiech.
- Jest jeden degenerat, proszę pana. - Próbowałem w jakiś magiczny sposób zmienić barwę swojego głosu na mniej zirytowany, nie jestem pewien czy mi się udało. - Jeśli nie opuścicie miasta w tej chwili- zawiśniecie. 


<Chanyeol? Taki tam zwrot akcji>

środa, 8 marca 2017

od Mallory - cd. Luciena

W pierwszym odruchu Mallory miała ochotę pobiedź za Lucienem. Wypluć całą swoją złość i frustrację. Zrzucić mu na głowę ciężar, który przygniatał jej serce. Odwróciła się, zrobiła jeden krok, po czym gwałtownie zamarła. Pięści zacisnęły się, a powietrze powoli wypełzło z płuc. I nagle wściekłość ustąpiła miejsca goryczy zmieszanej z niepohamowanym żalem.
Mallory usiadła na łóżku Luciena, po czym wplotła palce w burzę czarnych włosów.
Przed wybuchem epidemii naukowcy planując lot na Marsa próbowali rozwiązać problem jak astronauci wytrzymają to psychicznie. Zamknięci razem w jednym miejscu przez dłuższy czas, daleko od dobrze znanych im rzeczy.
Mallory czuła się właśnie tak jakby ją wsadzono do ciasnej kapsuły i wystrzelono w kosmos. Zdana jedynie na siebie, błądziła, po zapomnianym świecie starając się udawać, że nic się nie zmieniło. W takim wypadku kłótnie z Lucienem były czymś zupełnie naturalnym. Czymś czego nie dało się uniknąć.
Mallory położyła się na łóżku i objęła rękami brzuch. Zastanawiała się właśnie co powinna zrobić, gdy nagle z dołu dobiegł głośny brzęk. Odgłos nerwowych kroków, trzaski, szuranie.
Kobieta uniosła się na łokciach.
- Lucien? - zapytała niepewnie, a w odpowiedzi powietrze przeszyło donośne klikanie.
Mallory skoczyła na równe nogi i jak burza wparowała do swojego pokoju.
Pistolet, pomyślała, po czym zaczęła nerwowo szukać go pod poduszką. Nic jednak nie znalazła. Ręce przeczesywały pościel, unosiły materac, rozbebeszały szafki. Z dołu dobiegł brzęk tłuczonego szkła, a chwilę później krzyk. Potworny wrzask cierpienia i wściekłości. Mallory czuła jak adrenalina gotowała się jej w żyłach, jak serce próbowało wyskoczyć z piersi, jak mięśnie gwałtownie zesztywniały. W końcu dłoń natrafia na lodowaty metal. Znalazła go. Znalazła pistolet.
Dało się słyszeć kolejny krzyk, który odbił się echem po głowie kobiety.
Lucien, pomyślała i wybiegła z pokoju. Szybko dotarła na półpiętro, gdzie gwałtownie zamarła.
Krew. Wszędzie było pełno krwi. Obryzgane ściany, zalana podłoga, nasiąknięta cieczą kanapa, a koło niej czyjeś ciało. Jasne włosy, blada karnacja, drobna postura.
Mallory skoczyła do przodu i chwyciła twarz martwego człowieka w dłonie. Twarz Luciena.
Chciała krzyczeć, bić i płakać. Chciała, żeby wrócił. Żeby nie leżał bez ducha na drewnianej podłodze. Żeby mogli się nawzajem przeprosić.
Mallory przyłożyła swój policzek do jego. Krew Luciena sącząca się jeszcze z rozerwanej tętnicy, pokornie łączyła się z łzami kobiety.
Nagle ostre pazury wbiły się w jej ciało i zaczęły rozszarpywać skórę. Zaskoczona Mallory odepchnęła je z całej siły, po czym stanęła oko w oko z Klikaczem. Głowę w całości pokrywał żółty grzyb, a z wyszczerzonych zębów skapywała gęsta krew.
Mallory czuła jak zaczyna ogarniać ją panika. Zamroczona żalem, po śmierci Luciena zupełnie nie pomyślała, że ten który rozpłatał mu gardło może czaić się gdzieś w pobliżu.
Kobieta uniosła broń, nacisnęła spust, ale nic się nie wydarzyło. Zarażony wydał z siebie przerażający ryk i rzucił się do ataku. Mallory chciała zacząć biec, jednak coś skoczyło jej na plecy. Poczuła ból nie do opisania, a ciemna krew trysnęła silnym strumieniem i spłynęła po ramieniu.
Upadła z głośnym łoskotem na ziemię. Zrobiło jej się gorąco, przyjemnie gorąco. Ostatnią rzeczą jaką zobaczyła była twarz Luciena. Sine usta i puste oczy.
_____

Mallory gwałtownie siadła na łóżku. Po plecach spływał jej zimny pot, a ciało drżało. Dotknęła delikatnie swojej szyi spodziewając się poszarpanej rany, ale zamiast tego napotkała rozgrzaną skórę. Kobieta poderwała się i zbiegła na parter.
Lucien siedział na kanapie z założonymi rękoma. Przygryzając delikatnie wargę wbił wzrok w zabite deskami okno.
Mallory ze świstem wypuściła powietrze z płuc i oparła się o ścianę. To był tylko zły sen. Tylko zły sen. Z całej siły zacisnęła powieki, aż drobne światełka zatańczyły jej przed oczami. Czuła się wrakiem, który pracuje na oparach paliwa.
- Mallory? - Głos Luciena rozciął panującą ciszę. Gorycz wykrzywiała mu twarz, ale w miarę jak lustrował kobietę wzrokiem, zaczęła ustępować niepokojowi i zdziwieniu. - Coś ci się dzieje? - Jego brwi zjechały się pośrodku. 
Mallory ostrożnie zeszła po schodach i usiadała obok Luciena. Pochyliła się opierając łokcie na kolanach i zaczęła bawić swoimi palcami.
- Chciałam powiedzieć, że nie powinniśmy się kłócić o takie bzdury. To bez sensu - powiedziała po chwili milczenia.
Mężczyzna pokiwał nieznacznie głową.
- Ale co do jednego miałeś rację. - Mallory wyprostowała się i spojrzała Lucienowi prosto w oczy. Jego tęczówka delikatnie drgała. - Musimy ruszać.

_____

Po krótkiej rozmowie zdecydowali, że już następnego dnia rano skierują się do Detroit. Spakowali się w milczeniu, zabierając najpotrzebniejsze rzeczy. Mallory udało się zupełnie przez przypadek wygrzebać jeszcze szwajcarski scyzoryk, mapę Kanady i stare karty. Wsunęła to wszystko do plecaka razem ze zdjęciem swojego rodzeństwa. Wzięła też długi prysznic i przygotowała ubranie na jutro: szarą bluzkę, czerwoną bluzę, czarną kurtkę, dżinsy oraz parę sportowych butów.
Kiedy słońce chyliło się już ku zachodowi, Mallory weszła do kuchni, gdzie Lucien kończył szykować kolację.
- To nasza ostatnia noc tutaj. Chcemy ją jakoś uczcić? - zapytała niepewnie kobieta, opierając się o blat.


<Lucien? Było dramatycznie c:  >

wtorek, 7 marca 2017

od Luciena - cd. Mallory

Lucien oparł policzek o czubek głowy Mallory. Kasztanowe włosy łaskotały jego nos, ale miał to gdzieś. Miał świadomość, że jego umysł powinien mu podsuwać obrazy masakry na kampusie, twarzy człowieka, którego wepchnął w troskliwe ramiona zarażonego albo tamtej wysokiej dziewczyny, którą namówił do kupna ketaminy w całkiem atrakcyjnej cenie. Chociaż przed oczami powinien mieć wizję niechybnej śmierci i cierpienia, to jego myśli wypełniał tylko słodki zapach karmelu i ciepło na ramieniu. Z zaskoczeniem zdał sobie sprawę, że nie chce wracać. Bo do czego? Klatki schodowej, śmierdzącej lewym alkoholem? Mieszkania pełnego książek, których nigdy nie przeczyta? Ojca, który w momentach przebłysków pamięci podświadomie obwinia syna za to, że oddycha? Biały budynek z trupem w ogrodzie, zabarykadowanymi drzwiami i drobną kobietą z obsesją na punkcie brata stał się dla niego bardziej namacalną namiastką domu niż jakiekolwiek miejsce w Detroit.
- O czym myślisz? - zapytała Mallory szeptem. W ciszy miękki głos wydawał się nie na miejscu. Wiatr zawył wściekle jakby w wyrazie oburzenia tą bezczelnością. Lucien uśmiechnął się krzywo.
- O jedzeniu. - Kłamstwo przeszło zaskakująco gładko przez sine w tym świetle usta. Chichot Mallory stłumił potencjalne wyrzuty sumienia. W końcu "cel uświęca środki".
- To jedyny słuszny temat.
Jasny śmiech Luciena odbił się od ciszy. Nie mogąc powstrzymać uśmiechu, odchylił głowę do tyłu, opierając ją o chłodną ścianę. Nad nimi nie było już sypiącego się tynku, tylko migoczące gwiazdy na czarnym niebie. Czuł się lekki. 
_____

- Byłbyś łaskaw nie zostawiać swoich ciuchów na blacie w kuchni?
Lucien podniósł oczy znad czytanej książki tylko po to, żeby materiał przysłonił mu wspartą na biodrze Mallory. Ściągnął z twarzy, jak się okazało, swoją koszulę. Skrzywił lekko usta. 
- Rzucasz się jakby to co najmniej był twój blat.
- Może i zapomniałam aktu własności, ale za to aktualne oboje z niego korzystamy. Choć najwidoczniej mamy różne rozumienie celu istnienia tego pieprzonego blatu. 
Mężczyzna westchnął ciężko i wrócił do lektury. Atmosfera w skrzypiącym domu stała się tak gęsta, że Lucien miał ochotę wziąć swoją połowę nożyczek i ją przeciąć. Odkąd poprzedniego ranka obudzili się na podłodze jego tymczasowego pokoju, coś zaczęło trzeszczeć. Irytację wzbudzały błahostki, jak zatrzaśnięta książka, rozrzucony koc na leciwej kanapie czy kałuża na płytkach łazienki. Nie był do końca pewny przyczyny. Gdyby dochodzić prawdy, z pewnością wyszłoby na jaw, że wina leży w większości po jego stronie, jak zwykle. 
- Pomyślałam, żeby wyjść założyć wnyki, więc ty robisz dzisiaj obiad. 
- Tia. - mruknął, nie odrywając wzroku od liter. Nie mógł się skupić, wciąż powracał do tego samego zdania, a im częściej go czytał, tym bardziej wydawało się pozbawione sensu. Zaczął rozważać przeczytanie wypowiedzi Behemota na głos, tym samym sugerując dyskretnie Mallory, że przeszkadza. Dało się słyszeć pełne zniecierpliwienia cmoknięcie i szybkie kroki, niemal w tym samym momencie, książka zatrzasnęła się z trzaskiem przy okazji przycinając mu palce, po czym głuchym tąpnięciem oznajmiła światu, że spadła na podłogę.
- Pojebało cię do reszty?! - krzyknął mężczyzna zrywając się ze zmęczonego łóżka. Kiedy spojrzał na Mallory, w jasnych oczach czaiła się nieskrywana furia. Podobnie jak na twarzy kobiety.
- Wiem, że ucieczka to twoja specjalność, ale, kurna, nie ignoruj mnie. Mam serdecznie dość twojego nieogarnięcia.
- Och, wybacz, księżniczko, ale chyba mam to gdzieś. Jakbyś nie zauważyła, to ten dom jest martwy.
- I to oznacza, że mamy zgnić we wszystkich twoich gratach, bo jesteś zbyt leniwy, żeby od razu po sobie posprzątać? - Jej głos ociekał jadem. - Tak bardzo jesteś uzależniony od swojej służby?
- Kto to mówi! To nie ja budzę się z krzykiem każdej nocy, bo tęsknię za braciszkiem!
- Nie mieszaj w to mojego brata!
Lucien zaniósł się pozbawionym wesołości śmiechem.
- Jego nie da się w to nie mieszać! Czy kiedykolwiek zrobiłaś coś, nie myśląc o nim? Pieprzyć też się będziesz, jeśli się zgodzi?
Kobieta aż się cofnęła. Zamrugała parę razy, trawiąc to, co usłyszała. W następnej chwili przysunęła się do Luciena jak atakująca kobra, wymierzając mu siarczysty policzek. Nie wyprostował się od razu, jedynie przyłożył chłodne palce do piekącej skóry. Krew z przygryzionej wargi smakowała jak metal.
- Nie wierzę, że chociaż przez chwilę sądziłam, że mam szczęście, że na ciebie trafiłam. - syknęła. Już nie mówiła głośno, ale z jakiegoś powodu zimny ton brzmiał w uszach mężczyzny gorzej niż wrzask. - Wiesz, dlaczego boisz się zmian? Bo kiedy inni idą do przodu, ty zostajesz w tyle, ale za każdym razem wmawiasz sobie, że to nie twoja wina. Jesteś suką, Lucien. Zasługujesz na to, żeby być samotny.
Stali w pokoju wypełnionym zbyt wieloma emocjami i poczuciem krzywdy. Każde z nich czuło ciężar wypowiedzianych słów, których żadna siła nie była w stanie cofnąć. 
- Jak twoja noga? - warknął niespodziewanie Lucien przez zaciśnięte zęby. Mallory zmarszczyła brwi, nagle zbita z tropu.
- Moja noga? W porządku. - Bezwiednie powędrowała wzrokiem do zabandażowanej kostki. 
- To świetnie. - Lucien był zaskoczony chorą ilością lodu i goryczy w swoim głosie. - W takim razie możemy wreszcie wyruszać. 
Wyminął kobietę i wyszedł z pokoju. 


<Mallory? Zabierz ode mnie te piosenki. Proszę.>

sobota, 4 marca 2017

od Chanyeol'a - cd. Carlos'a

Parsknąłem cicho, odwracając wzrok na bok i wytarłem dłońmi lekko kurtkę, jedząc później coś jeszcze z talerza. Zaprzestając patrzenia się w jedzenie, zwróciłem wzrok na Cal'a, czując ciecz przesiąkającą przez ubrania, co było najmniejszym problemem.
- Mogę skorzystać z łazienki? - spytałem, przerywając ciszę, która zapanowała po sytuacji sprzed chwili.
- Herbata na ciele ciebie denerwuje? - spytał retorycznie, prostując się i podchodząc, aby rozwiązać węzły, a ja wywróciłem jedynie oczami, podnosząc się z ziemi i na ślepo kierując się po korytarzu, nie myśląc nawet o zapytaniu gdzie łazienka może się znajdować.
Po otwieraniu na ślepo paru drzwi, przez jedno z okien wyglądając na zewnątrz, aby zauważyć sytuację na dworze, napotykając wzrokiem oddalony już samochód, których wiele, dla mnie, nie jeździło. Trafiłem w końcu jednak na odpowiednie pomieszczenie i niewiele myśląc zacząłem ściągać z siebie ubrania, wcześniej bawiąc się włącznikiem, co powinno dać mi świadomość o braku prądu. Włączyłem wodę, z zamiarem umycia się, ale niedługo po uderzeniu jej o skórę, nie dałem rady nawet powstrzymać krzyku, który wydarł się z mojego gardła, a nim zdążyłem zareagować na całą sytuację, do środka wszedł Cal.
- Jezu, nawet moment nie możesz w spokoju usiedzieć? - wywrócił oczami, pocierając skronie dłońmi i skupił swój wzrok na mojej osobie, gdzie po raz kolejny w ciągu tego dnia moja twarz przybrała koloru czerwonego, słysząc po chwili krótki śmiech ze strony ciemnookiego, który nałożył ręcznik na moją głowę i ramiona, wycierając je przy okazji - Cały czas się tylko rumienisz Chan - spiąłem się lekko, słysząc zdrobnienie swojego imienia i podniosłem wzrok, aby mieć możliwość zauważenia mężczyzny przez materiał ręcznika - Jesteś pewien, że nie potrzebujesz tych naboi? - dodał po chwili, przechylając głowę lekko na bok, a ja zacisnąłem wargi w cienką linię, sięgając dłonią po ręcznik, aby mieć możliwość owinięcia go wokół swojego pasa, stojąc na przeciwko Cal'a, przyglądając się po raz pierwszy rysom twarzy mężczyzny, odwracając jednak swoją uwagę gdy wypowiedziane przez niego słowa uderzyły mi do głowy po raz kolejny.
Fakt, że widział mnie bez żadnej odzieży nie wydawał mi się największym problemem, choć twarz wyrażała sprzeciw przez niezamierzający znikać czerwony kolor.
- Może poszukaj sobie jakiejś dziewczyny do zaspokojenia twojego napalenia. Gdzie podejrzewam i tak każda czy każdy jak wygłodniały pies się rzuci - powiedziałem, nie urywając kontaktu wzrokowego i krzyżując ręce na klatce piersiowej - A teraz wyjdź - skwitowałem, wskazując dłonią na drzwi i obserwując barki mężczyzny jak zrobił to, o co został poproszony.
Chwyciłem grzbiet nosa między dwa palce i wypuściłem powoli powietrze z płuc, sięgając później po swoje ubrania, powoli ubierając się z powrotem i zmniejszając wcześniej widoczność plamy najbardziej jak się dało. Spojrzałem w lustro na teraz ulizane przez bluzkę włosy, potrząsając pare razy głowa i czochrając je dłonią, nie mogąc zbytnio patrzeć na wcześniejszy ich układ. Wyprostowałem lekko ubrani rękoma i wyszedłem z łazienki, widząc obok nich Cal'a, będąc trochę zdziwionym jego obecnością
- Jak ty się dostałeś w ogóle tam, co? - spytał, a ja zmarszczyłem brwi, próbując zrozumieć o co mu chodzi - Jakim cudem zostałeś złapany, tak spytam - dodał, kierując się w stronę sypialni, która dotychczas była mi jedynym znanym pokojem.
- Szedłem, aby zgarnąć przywożone przez was jedzenie i broń no i w ogóle, wiesz o co chodzi - nabrałem powietrza w płuca, rozpoczynając dalsza opowieść - Zauważyłem po chwili jakaś osobę gdzieś w oddali i zamiast odejść z miejsca zdarzenia, poszedłem w tamtym kierunku, widząc, na oko, trzylatka. Nie myśląc co dziecko robi samo w takim miejscu, podszedłem i tak, bo to było silniejsze ode mnie w końcu - przejechałem dłonią po twarzy, przeżywając własny idiotyzm - Długo nie zajęło, aby zjawił się ktoś z armii i mnie schwytał. A ledwo co poznałem jego imię, Mark chyba - skwitowałem, machając niedbale dłonią, słysząc znowu śmiech ze strony ciemnowłosego.
- Dałeś się złapać ze względu na dziecko? - parsknął cicho, mierząc mnie wzrokiem.
- To było silniejsze ode mnie, dobra? Chodziło same, jeszcze takie małe to no... - uciąłem, nie wiedząc jak siebie wytłumaczyć i postanowiłem przy okazji nie brnąć dalej.
W odpowiedzi dostałem kolejny krótki śmiech od Cal'a, zatrzymując na nim wzrok. Wytknąłem mu jedynie język, podnosząc się po chwili z ziemi i kierując się do wyjścia, długo nie musząc jednak czekać na słowa ze strony ciemnowłosego
- A ty gdzie idziesz? Śpisz tutaj - stwierdził, samemu wstając z łóżka, na którym siedział i wyminął mnie w progu, a ja próbowałem nie mieć głupiego wyrazu twarzy, aby nie dać po sobie znać, że była to dla mnie niespodziewana decyzja z jego strony.
Po chwili jednak wrócił, zabierając jakieś ubrania i mi również coś wciskając w ręce, zapewne do przebrania. Po tym jak Cal wyszedł, położyłem rzeczy na materac i podniosłem bluzkę w górę, przechylając głowę lekko na bok. Powinno być dobrej wielkości, w końcu różnicy wzrostu sporej z mężczyzną nie mam. Wiele mi nie zajęło, aby zmienić strój i znalazłem się na łóżku, od razu czując jak odpływam.
___

Nie wiedząc zbytnio, która jest godzina, przejechałem dłonią po oku, czując po chwili uderzenie zimna. Zacisnąłem wargi w cienką linię, pocierając własne ramiona i spojrzałem w stronę okna, widząc, że wciąż jest ciemno. Westchnąłem cicho, wstając z łóżka i jak najciszej dotarłem do salonu, gdzie na kanapie leżał Cal, ale moją uwagę bardziej przykuł kominek. Usiadłem na ziemi, blisko źródła ciepła, słysząc po chwili jakiś ruch za mną, czyli tam, gdzie była kanapa. Obróciłem lekko głowę, spotykając w ten sposób wzrok ciemnowłosego i uśmiechnąłem się nieznacznie, zamierzając podnieść się z podłogi i wrócić do sypialni, dopóki mężczyzna nie wstał z sofy, gdzie ja dopiero teraz zauważyłem brak bluzki na jego torsie, a na jego twarzy pojawił się uśmiech.
- Podoba się to co widzisz? - spytał retorycznie, a ja odwróciłem wzrok na bok, krzyżując ręce na klatce piersiowej.
- Spieprzaj - mruknąłem, pocierając już ogrzane ramiona.
Cal zniknął na moment z mojego pola widzenia, wracając po chwili z materacem, który położył pomiędzy kanapą, a kominkiem. Podniosłem wzrok z podłogi na ciemnowłosego, rzucając mu pytający wzrok, ale zostając w tym kierunku zignorowanym. Szybkimi krokami podszedłem do materaca, od razu się na nim kładąc i ciesząc się z towarzyszącego ciepła.
- Tata pewnie już umiera na zawał, nie wiedząc gdzie się pałętam - mruknąłem sam do siebie, uśmiechając się pod nosem.
- Tata? - spytał, podpierając się na łokciu, a ja kiwnąłem lekko głową.
- Jego pomysłem było ogólnie dołączenie do Świetlików, a powód to inna historia - powiedziałem ciszej, czując po chwili palce we własnych włosach, przez co Cal spotkał się z morderczym wzrokiem, gdzie w odpowiedzi i tak dostałem śmiech z jego strony.
- Czyli nie jesteś Świetlikiem z własnej woli, tak? - spytał, owijając sobie włosy wokół palców, a ja po raz kolejny przytaknąłem.
- Jakieś bezpieczeństwo dodatkowe jest niż życie na własną rękę, główny powód, dla którego tata w ogóle się przyłączył - trzymałem tępo wzrok na suficie, bawiąc się krańcem bluzki, podnosząc się po chwili do siadu, aby po chwili syknąć cicho z nieznacznego bólu jak pociągnięty zostałem za włosy przez to, że dłoń ciemnowłosego została w miejscu. Wyplątałem jakoś jego palce, wiedząc, że kosmyki stoją teraz w każdym kierunku i przejechałem dłonią po twarzy - Czemu w ogóle mnie jeszcze nie zabiłeś, co? Czemu mnie tutaj trzymasz - spytałem, opierając dłonie za plecami oraz siedząc po turecku, ledwo co zauważając, ze względu na słabe oświetlenie, wzruszenie ramionami Cal'a.
- Najpierw ze względu na układ, a teraz nie wiem, dla zabawy może - stwierdził, obracając się na swoim miejscu, a ja położyłem się z powrotem, splatając dłonie ze sobą na klatce piersiowej, nie odpowiadając nic więcej, tylko zamierzałem iść ponownie spać.
- Dobranoc - skwitowałem rozmowę, obracając się w stronę kanapy, na moment podnosząc wzrok, aby zauważyć już zapadającego w sen Cal'a.
Zamknąłem oczy, samemu dość szybko ponownie odpływając.
___

Mruczałem jak zwykle, gdy jestem sam poza własnymi granicami, coś pod nosem. Na moje nieszczęście, o swoim tacie, co musiał usłyszeć Cal, który na twarzy miał uśmiech jak wpół się przebudziłem
- Co ty robisz? - mruknąłem ochrypniętym głosem, pocierając oczy rękoma wciąż leżąc na materacu.
- Zwykle tak wstaje. I jedyny transport do twojego tatusia wyrusza za godzinę - powiedział, przygotowując coś do picia w kuchni, a ja zacisnąłem jedynie lekko dłonie na materacu po podniesieniu się do siadu.
Zostawiłem go bez odpowiedzi, idąc do pokoju, w którym zostawiłem ubrania i sprawdziłem ich stan, które na szczęście wyglądały dobrze i nawet świeżo. Zająłem się przebieraniem, naciągając już bluzkę przez głowę, słysząc po chwili otwarcie drzwi
- Lepiej się przygotuj i zjedz coś szybko, bo nazbierało się zarażonych w okolicy. Samochód nie zawsze może nas uratować - poinformował mnie, a ja kiwnąłem lekko głową, kończąc przebieranie.
Zszedłem na dół, widząc tam już gotowe śniadanie, niezbyt duże, ale wystarczające. Znalazło się szybko w moim żołądku, a ja dostałem coś do rąk, nie sprawdzając nawet co to, nie mając czasu
- Nie minęła jeszcze godzina przecież - powiedziałem, zwiększając parę razy kroki, aby wyrównać je z Cal'em.
- Ale dużo nie zostało - stwierdził, wpuszczając mnie do samochodu.
Większość drogi minęła w ciszy, głównie przez fakt, że w połowie zasnąłem, ponieważ spanie do piątej nie było dla mnie wystarczające, nie dzisiaj przynajmniej. Obudziło mnie dopiero zahamowanie pojazdu, przez co spadłem prawie z tylnych siedzeń
- Pobudka, dalej ciebie nie wiozę - powiedział, obracając się na swoim miejscu.
Mruknąłem coś pod nosem, drapiąc się po karku i otworzyłem drzwi, czując po chwili jak bicie serca mi przyspiesza przez nagły atak Biegacza, co zmusiło mnie do gwałtownego zamknięcia drzwi, przez co głowa zarażonego została zgnieciona, a ręka prawie wpadła do środka
- No wiesz, a sprzątałem tutaj niedawno - spiorunowałem chłopaka wzrokiem, słysząc jego słowa.
- Żyję, dziękuję za troskę - odgryzłem się, wychodząc z pojazdu i nogą wykopując ciało z drogi, wspólnie z ręką z pojazdu, zatrzymując się na moment nim mężczyzna nie odjechał - I dziękuję za nie zabicie mnie - dodałem
- Lepiej się pospiesz, list gończy jest za tobą już wywieszony - powiedział przed odjechaniem,
Kiwnąłem głową i szybkim tempem ruszyłem w kierunku siedziby, unikając jakiegokolwiek niebezpieczeństwa, aby po chwili poczuć dłonie oplatające się wokół mojego ciała
- Boże drogi Chanyeol! - zaśmiałem się krótko, słysząc głos własnego taty, który stał tuż przede mną, wyciskając prawie ze mnie życie - Gdzieś ty był? Albo dobra, nieważne. Żyjesz, tyle się liczy. Nie mógłbym stracić kolejnego dziecka - stwierdził, a ja rysowałem dłonią kółka na jego plecach, chcąc go w ten sposób lekko uspokoić.
- O-oddychać nie mogę - wydusiłem w końcu, rozluźniając ścisk mężczyzny samemu - Ale już jestem. Tylko no... bez naboi - mruknąłem ciszej, nerwowo drapiąc swoje przedramię.


<Carlos?>

od Mallory - cd. Luciena

Mallory nigdy w swoim życiu nie piła alkoholu. Nie chodziło tu jednak o brak sposobności do wychynięcia kieliszka czy jakieś moralne bariery. Powodem był Hamilton, który twierdził, że picie przytępia zmysły i zmniejsza szanse na przetrwanie. Ale choć wciąż w kółko to powtarzał sam nigdy sobie nie żałował. Mallory zaczęła więc poważnie myśleć o spróbowaniu chociaż odrobiny znalezionego wina. Skoro jej brat mógł to dlaczego ona nie?
- Otwieramy? - zapytał mężczyzna, a w jego oczach błysnęły iskierki podniecenia.- Trzeba w końcu jakoś uczcić pamięć Dana.
- Masz niezwykły dar przekonywania, Lucien. Naprawdę - rzuciła z przekąsem i wzięła do rąk butelkę. Przejechała palcami po wyblakłej etykietce. - Jak myślisz, ile ma lat?
- Czy to ważne? Podobno im starsze tym lepsze. W kredensie widziałem kilka kieliszków, więc będzie jak znalazł. - Lucien odwrócił się na pięcie.
- Chcesz coś do tego zjeść? Ja nie mam szczególnie ochoty, ale możemy otworzyć jedną z...- zaczęła Mallory, ale mężczyzna wpadł jej w słowo.
- Daj spokój. Po chowaniu gnijącego trupa to jest ostatnia rzecz o której myślę.
Kąciki ust kobiety zaczęły delikatnie drgać nie mogąc się zdecydować czy opaść na wzmiankę o Danie czy podnieść się w uśmiechu z powodu obrzydzenia znajomego.
_____

Ani Mallory, ani Lucien nie byli później wstanie zrozumieć jak to się właściwie stało, że w przeciągu kilku minut pusta butelka zaczęła toczyć się po kuchennym stole, a oni naśmiewać z Jones'a. 
- Widziałeś jego minę? Mój brat zawsze taką robił jak matka przyłapywała go na czytaniu Playboy'a! - Mallory uderzyła otwartą dłonią w blat. - O boże, popłakałam się.
Lucien zatoczył się ze śmiechu i przez przypadek strącił swój kieliszek na podłogę. Szkło z brzękiem rozprysnęło się na podłodze.
- To już trzeci. Wiesz może gdzie kupię nowe? Ale muszą pasować do kompletu! - Lucien bawił się w najlepsze. - Tylko dokładnie z takim wzorkiem. O, widzisz? - Podniósł kieliszek Mallory i cały rozpromieniony jak dziecko, zaczął jej pokazywać wyżłobienia w szkle. - Myślisz, że takie dostanę? Myślisz?
- Wyprodukowali to w Chinach więc możesz mieć mały problem.
Oboje po raz kolejny wybuchnęli śmiechem.
- Nie sądziłem, że masz talent do takich beznadziejnych żartów - Lucien poklepał pocieszająco Mallory po ramieniu.
- Jeszcze dużo o mnie nie wiesz.
Głupawka zaczęła powoli mijać i oboje siedzieli przez chwilę w milczeniu wlepiając pusty wzrok w blat stołu. Nagle jednak Mallory poczuła, że zbiera jej się na płacz. 
- Boże jaka jestem głupia - parsknęła kobieta i ukryła twarz w dłoniach. - Zawiodłam Hamiltona. Co ja w ogóle robię ze swoim życiem. To bez sensu. Zasłużyłam na tego cholernego grzyba... Tamten zarażony powinien był mnie ugryźć, a nie podrapać...
Łzy zaczęły potokami płynąć z jej oczu i choćby nie wiem jak się starała nie mogła zatamować tej powodzi. Położyła więc przedramiona na stole i wcisnęła twarz w zagięcie łokcia. Słona woda momentalnie wsiąkała w rękaw.
Lucien milczał chwilę, zupełnie zbity z tropu, ale kiedy w końcu się odezwał Mallory zrobiło się lżej na sercu.
- Nie mam pojęcia jakie są twoje relacje z tym całym Hamiltonem i nie będę w nie wnikać, jednak nie powinnaś się teraz załamywać. Żyjesz i to jest ważne. Myślę, że byłby zadowolony jak dobrze sobie radzisz. Uratowałaś mi skórę. To też się liczy. A jeśli już tak bardzo chcesz umrzeć to zabij się sama. Nie czekaj, aż ktoś cię łaskawie zarazi, albo rozszarpie na kawałeczki.
Mallory chciała odpowiedzieć w mądry sposób, ale poczuła jak robi jej się niedobrze. 
- Zaraz się porzygam. Nigdy więcej alkoholu na pusty żołądek. Nigdy.
_____

Od pogrzebu Dana minął cały tydzień. W tym czasie nowym mieszkańcom ogromnego domu udało się doprowadzić jego wnętrze do porządku, przeczytać trzy książki, ułożyć puzzle i nauczyć funkcjonować obok siebie. Noga Mallory z każdym dniem wyglądała coraz lepiej, a siniaki zaczynały tracić kolor. Czuła się też swobodnie i niezwykle lekko. Jakby zupełnie zapomniała, że na zewnątrz grasują zarażeni. 
Obecność Luciena, która wcześniej wydawała się kobiecie nienaturalna, stała się nagle codziennością i czymś co utrzymywało jej wewnętrzny spokój. Z Hamiltonem spędzała prawie cały swój czas jeszcze przed wybuchem epidemii, więc znała go prawie na wylot i intuicyjnie wyczuwała co chce zrobić. Lucien był zaś dla Mallory zagadką. Każdego dnia dowiadywała się o nim czegoś nowego. Że potrafi czytać do góry nogami, ma swoje dziwne rytuały i ciężko znosi zmiany. Lubiła go bo przypominał jej książkę do której ktoś wciąż doklejał nowe kartki.
_____

Pewnej nocy zerwał się okropny wiatr nie pozwalający Mallory zmrużyć oczu nawet na chwilę. Wierciła się z boku na bok, odgarniała włosy, sprawdzała czy pistolet leży pod poduszką. Dzień wcześniej postanowili z Lucienem, że będą spać w osobnych pomieszczeniach na pierwszym piętrze. Ona zajęła pokój należący dawniej do nastolatki, a on ten z odryglowanym oknem.


Wiatr z każdą chwilą coraz mocniej napierał na fasadę domu, głośno świszcząc i bulgocząc. 
W końcu Mallory nie wytrzymała i zsunęła się z łóżka. Miała na sobie czarną bluzkę z krótkim rękawem oraz ciemne getry. Ręka objęła pistolet. Z kuchennego noża, który w prawdzie był lepszy do cichej eliminacji, zrezygnowała po tym jak niechcący się nim skaleczyła. Wszystko przez Luciena, który wystraszył ją w nocy wywracając regał z książkami. Zdezorientowana Mallory złapała nóż za ostrze zamiast za rękojeść.
Podłoga skrzypiała delikatnie pod stopami kobiety gdy ta zrobiła mały obchód domu. Wszędzie było nienaturalnie pusto i cicho. Drzwi wejściowe wyglądały na dobrze zabezpieczone, a patrząc przez szpary między w deskami, którymi zabito okna, nie dostrzegła żadnego zarażonego. Tylko targane wiatrem drzewa.
Mallory wróciła z powrotem na górę i ostrożnie otworzyła drzwi do pokoju Luciena. W pomieszczeniu panował lekki półmrok, a pod jedną ze ścian piętrzyła się piramida książek zniesionych przez mężczyznę. Łóżko było jak zwykle puste. 
Lucien siedział w kącie pokoju oparty o ścianę, z jedną nogą wyprostowaną, a drugą zgiętą. Popatrzył na kobietę lekko zdziwiony.
- Więc w końcu śmierć po mnie przyszła. Ale widzę, że zmieniłaś kosę na pistolet. Nowocześnie. - Uśmiechnął się w ten charakterystyczny dla siebie sposób.
Mallory prychnęła cicho rozumiejąc jak musiała wyglądać. Ubrana na czarno kobieta o ciemnych włosach i jasnej skórze, ściskająca w ręce pistolet.
Usiadła obok mężczyzny na podłodze, po czym puściła rękojeść broni i przeczesała dłonią włosy.
- Też nie możesz spać? - zapytała.
- Jak widać. 
- Sama nie wiem, które z nas zasługuje bardziej na tytuł Wielkiego niewyspanego. - Mallory zgięła kolana i objęła je rękoma.
- Musimy się nim podzielić na pół. Tak będzie najsprawiedliwiej. Ja zostanę Lucienem Wielkim, a ty Mallory Niewyspaną - mężczyzna uśmiechnięty od ucha do ucha wbił wzrok w sufit.
- Ej - zaśmiała się i szturchnęła go łokciem w bok.
- No co? Przecież jest sprawiedliwie. Równiutko po połowie. 
- Jasne, Lucienie Wielki.
Wiatr po raz kolejny z furią rozbił się o dom, a podłoga delikatnie zadygotała.
- Może się nie zawali - powiedziała Mallory i oparła głowę o ramię Luciena. Chociaż powinna odczuwać strach przed zarażonymi, którzy mogli zakraść się zupełnie niezauważeni, to kobieta zupełnie się nimi nie przejmowała. Była szczęśliwa.


<Lucien? Wizja dobiegła końca>

od Luciena - cd. Mallory

- Co chcesz zrobić?
Mallory spojrzała jeszcze raz na trzymaną kartkę i zacisnęła usta. Kiedy podniosła oczy, kryła się w nich determinacja.
- Pochować. Chował te zapasy dla kogoś, nie mógł być złym człowiekiem. Zasłużył na pogrzeb. Korzystamy z nich, więc jesteśmy mu to winni.
Buty odrywały się z nieprzyjemnymi cmoknięciami od podłogi, kiedy Lucien podszedł do kobiety i zerknął jej przez ramię. Szybko przeleciał wzrokiem tekst. Mallory obserwowała, jak twarz jej towarzysza nachmurza się. Wydął z niezadowoleniem usta. 
- Zasłużyć to sobie możesz na dodatkową porcję frytek.- Nerwowo przeczesał palcami włosy.- Nie możesz skracać sobie cierpień i potem oczekiwać, że znajdzie się ktoś na tyle łaskawy, że postanowi zakryć tą piękną buźkę ziemią. Zresztą, jeśli nie zjemy tego my, to albo pewnego pięknego dnia się zepsuje, albo ktoś inny zagospodaruje to wszystko.- Wzruszył ramionami, splatając jej na piersi.
- Pytałam tylko, czy chcesz mi pomóc- mruknęła i odwróciła się do bezwładnego ciała zajmującego wannę. Z zawziętą miną podciągnęła rękawy golfa. Brwi mężczyzny powędrowały do linii włosów. Odsunął się nieco, by zrobić miejsce. 
- Ty mówisz poważnie? 
Odpowiedziało mu tylko nieco urażone milczenie. Kąciki ust Luciena zadrżały. 
- Okej, w takim razie pogrzebmy Dana. 
_____

Samo podnoszenie nie było tak trudne, co zwalczenie obrzydzenia. Mallory okryła nieboszczyka dziurawym kocem, jednak nie pomogło to na obrzydliwe mlaśnięcia towarzyszące odrywaniu ciała od ceramicznej powierzchni. Nie mówiąc już o mdlącym, wżerającym się w nozdrza zapachu gnijącego mięsa. Żadne z nich nie miało najmniejszej ochoty zastanawiać się, jak długo tutaj leży. 
Widząc grymas na twarzy Luciena, Mallory uśmiechnęła się lekko.
- Bądź facetem, to tylko trup- prychnęła. Rzeczony tchórz spojrzał na nią z wyrzutem, starając się schować nos w kołnierzyk koszuli. Stłumił jęk, kiedy dłoń obsunęła się po śliskim materiale i musnęła lepką, przeźroczystą substancję. Szybko wytarł ją w spodnie, krzywiąc usta. 
Klnąc, przenieśli nieboszczyka na prowizoryczne nosze z desek z połamanych regałów i porozrywanych prześcieradeł. Wyzwaniem okazało się przetransportowanie go przez zaryglowane drzwi. Chociaż stworzenie przejścia kosztowało ich dużo wysiłku, to spuszczanie Dana z pierwszego piętra wydawało się znacznie gorszą alternatywą. 
_____

- Spoczywaj w pokoju, znajdź swoje dziewice, czy co tam sobie wymarzyłeś.- Howland kopnął grudkę ziemi, która potoczyła się w dół grobu i odbiła od bladego policzka. Mallory trzepnęła mężczyznę w ramię. 
- Przestań.- Skarciła go i sama przeżegnała się i splotła ręce przed sobą. Jednak w jej ruchach czaiło się wahanie, jakby powtarzała dawno zapomnianą formułę. Lucien obserwował, jak wyraz jej twarzy się zmienia. Łagodnieje. Oczy kobiety zaszły mgłą, kiedy myśli odpłynęły daleko poza skromny, zapuszczony ogródek za białym domem. Chciał zapytać, co tak bardzo utkwiło jej w głowie, ale zrezygnował. Takie chwilę zawsze zmuszają do zastanowienia. Mężczyzna przywołał w pamięci obraz płomieni pełznących po szybie w krematorium. I roztrzęsiony głos ojca, gdy opowiadał, że Dolores zasłużyła na coś lepszego. Może wolałby, żeby to Lucien zginął? 
Howland zacisnął powieki, starając się odgonić niechciane wspomnienia. Roztrząsanie ich przyniesie niewiele korzyści. Poprawił rękawy, które zdążyły się już obsunąć i zaczął zgarniać ziemię rękami do dołu. Kończąc, uklepał dokładnie butem. Wyprostował się z głuchym jękiem i zerknął na Mallory. Oderwała wreszcie wzrok od grobu. Uśmiechnęła się do niego, ale delikatny grymas nie sięgnął oczu. 
- Chodź- powiedziała cicho. 
Wchodząc do domu byli lżejsi co prawda, o nieboszczyka, ale wnieśli ze sobą ponure myśli. Drzwi skrzypnęły pod naporem ciężkich mebli. Lucien i Mallory stali w zagraconym, ale jednocześnie przytłaczająco pustym holu. Oczami wyobraźni widzieli porozrzucane po dywanie zabawki, słyszeli tupot stóp. 
To kobieta poruszyła się jako pierwsza. Jej kroki zabrzmiały nienaturalnie hałaśliwie w cichym pokoju. Skierowała się do nowo odkrytej spiżarni i przeleciała wzrokiem napisy na puszkach. Cień Luciena przysłonił jej światło w momencie, w którym wszedł do pokoju.
- Popatrz.- Coś w jego głosie sprawiło, że Mallory natychmiast się odwróciła. Mężczyzna przyglądał się czemuś ze zmieszaniem. Odwrócił się do niej, ukazując mocno zakurzoną butelkę. 
- Czy to...
- Wino.


<Mallory? xd>

wtorek, 28 lutego 2017

od Carlos'a - cd. Chanyeol'a

- I co, trzeba się było tak rzucać? - Chłopak obrzucił mnie zabójczym spojrzeniem, zazgrzytał nerwowo zębami jakby chciał wyskoczyć i ugryźć mnie w nos.
- Wypuść mnie - prychnął szarpiąc się jak ryba wyjęta z wody, matko, jaki on był niecierpliwy.
- Drzwi są otwarte, biegacze na pewno chętnie dotrzymają ci towarzystwa. Ale najpierw moje naboje.
Czerwonowłosy szarpnął się na bok niczym poparzony. 
- Mój plecak został w wozie - oznajmił po przeczesaniu wzrokiem pokoju. Cmoknąłem niezadowolony z faktu że muszę się ruszać na podjazd. Wychyliłem się na dwór z niesmakiem witając wspomnienie deszczowego poranka, jednak tym razem pogoda zechciała być mi przychylna. Na dworze powoli zapadał zmrok, gdzieś w kącie posesji wyłapałem masywną sylwetkę jednego z psów. Otworzyłem drzwi auta sięgając po plecak który wślizgnął się pod siedzenie. Zdążyłem złapać go za ramiączko i wyciągnąć do góry gdy poczułem jak ogromny ciężar spada na moje plecy, zimne ręce zacisnęły się na mojej szyi pozbawiając mnie tchu. Udało mi się złapać chłopaka za ręce i przygnieść plecami do przednich siedzeń ze sporą siłą, wbił paznokcie w moje ramię kopiąc mnie w żebra. Złapałem go za włosy po szarpiąc nim do tyłu uderzyłem tyłem jego głowy w szybę, próbował sięgnąć mi do oczu więc w przypływie nagłego strachu uderzyłem go w głowę po raz kolejny. Łapczywie zaciągnąłem się powietrzem po czym zakaszlałem. Cały się trząsłem od przypływu adrenaliny, oszczędziłem mu życie przez co mogli przy sposobności załatwić nas obu a ten skurwiel już po raz który próbuje wkopać mnie pod tą pieprzoną warstwę gruzu która jeszcze kiedyś była ziemią. Przez chwilę przez głowę przebiegła mi przez głowę myśl "A co gdyby tak go teraz zastrzelić?" sprawiał mi same problemy i nie był do niczego potrzebny, ot co powinienem zrobić z takim delikwentem. Jednak ja wpatrywałem się w jego zbladłą twarz opartą o siedzenie kontrastującą z włosami koloru wyblakłej czerwieni spływającymi po nim niczym krwista fala. Ale to jest to czego potrzebuję żeby się nie wypalić- niebezpieczeństwa. Więc wyciągnąłem go za nogi z samochodu po czym ułożyłem go w sypialni uprzednio jednak decydując się go znów związać. Zebrałem naboje które mi się należały zasiadając obok chłopaka by załadować je do magazynków, wsłuchiwałem się w jego nieregularny oddech chwilami mając wrażenie że nie oddycha podrywałem się z miejsca by to sprawdzić. Gdy już byłem na nogach usłyszałem ujadanie psów, przekonany że to zarażony zechciał mnie odwiedzić złapałem pierwszą, lepszą broń jaką udało mi się znaleźć po czym otworzyłem okno układając się w pozycji do strzału, ku mojemu zdziwieniu jedynym co ujrzałem był drugi wóz z którego wychyliła się jedna zgrabna noga, następnie druga by w końcu ruda czupryna zajaśniała wśród zapadającej ciemności.
- Przybywam w pokoju - prychnęła nawiązując ze mną kontakt wzrokowy, z lekkim uśmiechem schowałem spluwę za pasek otwierając przed nią ciężką, metalową bramę.
- Nie przypominam sobie żebyś miała samochód - mruknąłem przyglądając się jak dziewczyna dźwiga do góry kupę złomu.
- Miałam zamiar zabrać się z tobą i tu przekimać, no wiesz. - Uniosła do góry jedną brew napotykając mój pytający wzrok. - Ale nie przyszedł Mahomet do góry, przyszła góra do Mahometa. A a propos gór, może zrobimy skok na ten stary magazyn z bronią, widziałam ten błysk w twoich ślepiach kiedy nam o nim powiedzieli - zaśmiała się w bardzo subtelny sposób zmuszając mnie do przejęcia od niej ekspresu i wprowadzenia jej do mojego domu. - Potraktuj to jako zapłatę za to cudeńko, wszystko co zgarniemy będzie twoje - mruknęła już jakby mniej obecna rozglądając się po domu, komentowała coś o braku kobiecej ręki i "męskich norach", przestałem słuchać zajmując się robotą. Nawet nie zauważyłem jak zniknęła z zasięgu mojego wzroku, zorientowałem się dopiero kiedy usłyszałem jak soczyście przeklęła budząc ze snu jednego z owczarków leżącego pod moimi nogami. Również ja poderwałem się z miejsca wpadając na nią na korytarzu, dziewczyna szarpnęła moją koszulę ze sporą siłą, przeszyła mnie wzrokiem pełnym jadu. - Co to ma być, do cholery?! - Nie słysząc odpowiedzi warknęła odpychając mnie na bok, ku mojemu zdziwieniu wcale nie udała się w stronę drzwi a wskoczyła do "warsztatu" z prędkością światła, po domu rozległ się niepokojący brzdęk gdy ta wysunęła się z powrotem ze sporej wielkości metalowym prętem w dłoni.
- Żartujesz sobie?! Odłóż to. Teraz.
- Nie widzi mi się żeby cię rozstrzelali, już wysłali za nim list gończy. - Rudowłosa przerzucała pręt z ręki do ręki zabijając mnie wzrokiem.
- Wystarczy że nie dowiedzą się do jutra, potem już nikt mi nic nie udowodni. - Złapałem koniec pręta pewnym ruchem wyrywając go jej z rąk.
- Jaki masz w tym cel?
- Skłamię jeśli powiem że nie mam żadnego ale póki co nie zawracaj sobie tym główki. -Odwróciłem głowę do tyłu przez otwarte drzwi przyglądając się czerwonowłosemu, miałem nadzieję że jednak nadal był nieprzytomny i nieświadomy próby zamachu na jego życie.
- Jesteś okropny - rzuciła odwracając się na pięcie, trzasnęła drzwiami i tyle ją widziałem. Będę musiał to naprawić, ale jutro. Jestem pewien że nie będzie się gniewać widząc te kilka magazynków naboi do jej dyspozycji.
Pokonałem drogę do sypialni, zauważyłem jak ciało chłopaka drga nagle na odgłos moich kroków, zawisłem nad nim obserwując jak zaciska powieki modląc się abym nie zauważył. Przykucnąłem przy łóżku by w moim mniemaniu sprawiać wrażenie mniejszego zagrożenia.
- Jesteś głodny? - To było głupie pytanie, Cal, wszyscy tutaj są zawsze głodni. - Jasne, że jesteś. -Więc nie czekając na odpowiedź udałem się do kuchni po czym wróciłem z jajkami sadzonymi, chlebem który jakimś cudem jeszcze nie był czerstwy i herbatą. Zastałem chłopaka leżącego na podłodze, objął mnie wzrokiem po czym przeturlał się jak najdalej od moich stóp prawie uderzając w nogę łóżka. Mimo jego sprzeciwów podniosłem go do siadu i rozluźniłem więzy na jego rękach na tyle by mógł samodzielnie jeść.
- A specjalny składnik to cyjanek, zgadłem? - mruknął smętnie spoglądając to na talerz, to na mnie.
- Jesteś jedynym tutaj który próbuje kogoś zabić - westchnąłem podpierając głowę na dłoni. -Wyluzuj, jutro wrócisz sobie do miasta i będziesz miał takich jak ja na ogonie każdego dnia.
- Co chcesz przez to powiedzieć? - Chłopak spojrzał na mnie badawczo, dopiero zorientowałem się że nie powinienem mu jeszcze mówić o sytuacji na zewnątrz. Założyłem ręce za głowę, niby niedbale. - W twoim fachu to chyba normalka.
Czerwonowłosy wzruszył niedbale ramionami. 
- Jak cię wołają?
- Cal - mruknąłem dość zadowolony z obrotu sytuacji, w końcu nie próbował wydłubać mi oczu. - A tobie jak na imię? 
- Chanyeol - odparł upijając łyk herbaty, uśmiechnąłem się widząc jak przygryza poparzony język.
- Chan - mruknąłem pod nosem, nawet nie do końca świadomy że wypowiedziałem to na głos.
- Nie skracaj tego - prychnął unosząc wzrok sponad kubka. Przez chwilę wpatrywałem się w jego oczy które zabłysnęły jakąś nieznaną mi dzikością. I nagle zostałem perfidnie opluty gorącą herbatą.
Chłopak prychnął śmiechem obnażając swoje równe, jasne zęby. Wziąłem głęboki oddech próbując namówić się do odpuszczenia mu ale miarka się przebrała. Pchnąłem do tyłu wytrącając mu kubek z rąk i również go oblewając, naczynie trzasnęło o podłogę w czasie kiedy szybkim ruchem przygwoździłem jego ręce do podłogi. Zatopiłem się w jego ustach czując smak gorzkiej herbaty, jego wargi powoli się poruszyły, poczułem przypływ ciepła rozchodzący się po całym ciele, chłopak delikatnie złapał zębami moją wargę, mruknąłem mu w usta. Jednak przeliczyłem się i to mocno, gdyż zamiast ją puścić wbił w nią zęby, odskoczyłem do tyłu czując w ustach metaliczny smak krwi.
- Mój błąd, mogłem się spodziewać - mruknąłem wycierając usta ręką.


<Chanyeol? >

poniedziałek, 27 lutego 2017

od Chanyeol'a - cd. Carlos'a

Nieprzerwanie mruczałem coś pod nosem, mierząc ciemnowłosego wzrokiem. Już wolę siedzieć w jakiejś dziurze niż oddać się za wolność, co samo w sobie brzmi absurdalnie
- Nie ma czegoś innego co byś chciał w zamian za wypuszczenie mnie? - spytałem po chwili, przerywającą wisząca w powietrzu ciszę. 
- Nie licząc skradzionej broni, nie masz nic więcej do zaproponowania, jakbyś nie zauważył - stwierdził, patrząc na własne paznokcie i podnosząc się z ziemi.
Zacisnąłem wargi w cienką linię i przysunąłem się do pobliskiej ściany, aby przynajmniej nie dodać sobie bólu kręgosłupa w tej sytuacji. Westchnąłem cicho, pocierając dłonie o siebie nawzajem za plecami, próbując przywrócić sobie czucie w palcach. Gdyby nie to dziecko, dawno byłbym z powrotem u taty, z pożywieniem oraz bronią. To nie, musiałem postanowić, że poznanie imienia młodej dziewczynki jest ważniejsze. A teraz poznaję skutki własnego idiotyzmu
- Podnieś się - usłyszałem nagle rozkaz, podnosząc wzrok, który wbity był w wyblakłe wzorki na kurtce, poruszając po chwili skrępowanymi nogami.
- Nie mam jak - powiedziałem, przełykając wcześniej ślinę przez wyschnięte gardło, aby głos mi się przypadkiem nie załamał, a żołnierz przykucnął ponownie przy mnie, rozluźniając węzły na nogach, budząc we mnie na krótki moment instynkt, przez co próba kopnięcia ciemnookiego weszła w życie, nieudanie.
- Zrób tak jeszcze raz, a nie będziesz miał wyboru - powiedział spokojnym głosem i cieniem uśmiechu na twarzy, przytrzymując moje stopy przy podłodze.
Ugryzłem swój polik od środka, czując niedługo później zaciśnięcie sznura na kolanach. Grymas sam z siebie znalazł się na mojej twarzy i podniosłem się z ziemi, będąc złapanym za ramię przez mężczyznę. Zaciągnął mnie w stronę drzwi, wyglądając najpierw przez nie, a potem wyprowadził z budynku, idąc po wciąż mokrym błocie, które wydawało charakterystyczny dźwięk pod butami. Nie próbowałem nawet wybrać się spod chwytu ciemnowłosego, przyspieszając trochę, aby wyrównać nasze kroki i wyszedł wspólnie ze mną za bramę i wsiadł na miejsce kierowcy, wcześniej otwierając drzwi od tylnych siedzeń, zamykając je za mną po wejściu do środka
- Gdzie jedziemy? - spytałem z ciekawości, i zarazem mając wątpliwości, zawsze mogę zaraz skończyć na jakimś pustkowiu i zostać zostawionym na pastwę zarażonych.
- Zabieram ciebie do swojego domu - nie odwrócił wzroku od drogi, a ja usadziłem się wygodniej, zwracając wzrok w stronę okna, mając możliwość obserwowania obskurnych budynków i w oddali szalejących Biegaczy. 
- Po co? Nic z tego nie będziesz miał - mruknąłem spokojnie, utrzymując kontakt wzrokowy przez lusterko - I i tak ci "się nie oddam" - podkreśliłem ostatnie słowa.
- Gdybym chciał, mógłbym ciebie zaliczyć na masce samochodu - odpowiedział rozbawiony, a ja zsunąłem się na swoim miejscu, na twarzy przybierając kolor taki sam jak moje włosy.
Nie zadawałem więcej pytań mężczyźnie, czując, że tego nie chce i skupiłem się na widokach na zewnątrz, opierając głowę o oparcie i zamykając oczy. Dałem odpocząć swojemu ciału, nadrabiając stracony sen, nie na długo. Minęło maksymalnie pół godziny, a ja zostałem obudzony krótkim poleceniem i zsunięcie mnie na dół
- Są patrole, jak zauważą twoją opaskę to nie będzie z tobą najlepiej - powiedział, kładąc dłoń z powrotem na kierownicy - Wychylisz się dopiero jak będziemy pod odpowiednim budynkiem.
Najwygodniejsza podróż to nie była, miałem okazję jeździć w lepszych warunkach, ale całe narzekanie znikało z mojego umysłu, jak słyszałem cudze głosy za oknami. Miałem szczęście, za co byłem mocno wdzięczny, że ludzie na zewnątrz nie zwracali zbytnio uwagi na tylne siedzenia. Po jakimś czasie droga była trochę spokojniejsza, bez zatrzymywania się. Ja za to poczułem kręcenie w nosie, a po pojeździe rozniósł się dźwięk kichnięcia, a po chwili cichy jęk bólu. Zmarszczyłem obolały nos, wycierając krew z niego o to samo kolano. Nie było jej aż tyle, abym czuł potrzebę informowania kierowcy, więc spotykając tylko na moment jego wzrok w lusterku, wróciłem do leżenia na podłodze samochodu.
Po trzydziestu minutach tylne drzwi zostały lekko uchylone przez ciemnowłosego, co sprawiło, że uderzyłem głową o kant pojazdu, sycząc cicho, aby nie zwrócić na siebie zbytnio uwagi. Minęło jednak dodatkowe dziesięć minut kiedy chłopak wyprowadził mnie z samochodu i szybkim tempem wpuścił do domu. Zahamowałem przez zrobienie kilku drobniejszych kroków i odwróciłem się w jego stronę
- Rozwiążesz mnie teraz? - spytałem, wbijając spokojny wzrok w ciemnowłosego, a ten bez odpowiedzi posadził mnie na kanapie, prowadząc najpierw w jej stronę.
Obserwowałem czynności mężczyzny, czując po chwili krew ponownie w dłoniach i luz u nóg, mając możliwość rozkraczyć się w końcu. Chodzenie ze złączonymi udami do najprostszych i najwygodniejszych nie należy, gdy ma się tak długie nogi
- To teraz masz do podjęcia- - uciął w połowie zdanie, czując przeszywający ból w policzku, co dało mi moment na podniesienie się z kanapy.
Jednak nie na długo, bo po chwili dość brutalnie zostałem złapany za ramię, a drugą ręką za buzię, co i tak nie powstrzymało mnie przed ugryzieniem dłoni ciemnookiego. Odpowiedzieć nic jednak nie mogłem, bo wszystko co mówiłem wychodziło stłumione. Miotanie się również było bezcelowe, ponieważ mimo paru uderzeń czy nawet przypadkowego nadepnięcia na stopę, żołnierz stał jak skała
- Jak mówiłem, możesz wybrać. Będę mógł mieć tą zadziorną buźkę tylko dla siebie - uśmiechnął się lekko, odsuwając dłoń od ust i chwytając mój podbródek w dwa palce - Albo dasz mi potrzebne naboje - zacisnąłem usta w cienką linię, zatrzymując wierzganie w uchwycie ciemnowłosego.
Dopiero co zdobyłem te naboje, mogłyby się przydać mi, tacie jak i reszcie świetlików. Ale zarazem nie ciągnie mnie do bycia "zabawką" jakiegoś żołnierza
- Dam ci te naboje - powiedziałem w końcu, dając radę wyrwać głowę z chwytu mężczyzny.


<Carlos?>

niedziela, 26 lutego 2017

od Mallory - cd. Luciena

Świat Mallory gwałtownie zawęził się do drapiącego koca, twardego materaca i cuchnącej poduszki. W głowie huczało jej ze zmęczenia, a oczy piekły niemiłosiernie. Nie mogła się nawet ruszyć, bo odnosiła wrażenie, że mięśnie zamieniły się w rozżarzone węgle, przypiekające skórę od środka.
Sen jak zwykle nie przyniósł ukojenia. Pełno w nim było zarażonych, wypatroszonych ludzi i odciętych głów turlających się po ziemi. Mary zniknęły dopiero wówczas gdy Mallory otworzyła szeroko powieki. Pełen ulgi wzrok utkwiła w suficie, który wydał się jej w tamtym momencie najmilszą rzeczą pod słońcem. 
Hamilton. To była pierwsza myśl Mallory. A im głębiej wpadała w wir wyrzutów, że zawiodła brata, tym silniejsza panika ogarniała ciało kobiety.
Była zdana tylko na siebie. Była sama. Była bezbronna. Była praktycznie martwa...
Mallory zacisnęła mocno powieki starając się pozbyć tych natrętnych myśli. Musiała zacząć działać racjonalnie. Hamilton tego właśnie by od niej oczekiwał. Opanowania i chłodnej kalkulacji. Trzeba wrócić do Detroit. Tak. Trzeba. Wiedziała, że da radę. Istniała szansa, że da rade. Może da radę. Nie da rady...
Otworzyła znów oczy i odwróciła głowę chcąc zobaczyć co z Lucienem. Materac na którym miał spać, był pusty. Choć istniała prawdopodobnie setka wyjaśnień dlaczego mężczyzny nie ma, to do głowy Mallory przyszła od razu ta najgorsza. Zarażeni albo ludzie o nieczystych zamiarach. Ręka kobiety automatycznie wsunęła się pod materac gdzie ukryła nóż znaleziony wcześniej w kuchni. Palce bezszelestnie zacisnęły się na rękojeści.
Kobieta zaczęła powoli wstawać, kiedy nagle dostrzegła mężczyznę siedzącego na parapecie.
- Lucien? - zapytała cicho, choć jeszcze zanim słowa wypełzły jej z gardła, rozpoznała sylwetkę nowego znajomego.
- Tak? - odparł przytrzymując dłonią niezapalonego papierosa.
- Wszystko w porządku? - Mallory wysunęła dłoń z pod materaca zostawiając nóż w spokoju.
- No wiesz... nowe miejsce. Zresztą nie za bardzo chce mi się teraz spać. - W głosie Luciena pobrzmiewała dziwna nuta, ale Mallory postanowiła nie naciskać.
- Rozumiem. - Starała się wykrztusić z gardła jakieś słowa otuchy, ale sama czuła strach i niepokój, które skutecznie przyblokowały pozytywne myślenie.
Kobieta położyła się z powrotem naciągając liniejący koc pod samą brodę. Zapanowało ciężkie milczenie, które trwało aż do pierwszych promieni słońca kiedy to Mallory udało się ponownie usnąć. Początkowo mary w postaci zarażonych zaczęły biegać pod jej powiekami jednak nagle gdzieś wyparowały i kobieta znalazła się w małym kolorowym pokoiku. Ściany zapełniały rysunki i zniszczone plakaty sportowców. Po podłodze walały się zabawki, a stare łóżko skrzypiało pod naporem stosów grubych książek, które ktoś niedbale tam rzucił.
Mallory znalazła się w swoim dawnym pokoju.
- Dawno nas tu nie było - odezwał się męski głos tuż za jej plecami. Kobieta odwróciła się gwałtownie i stanęła twarzą w twarz z Hamiltonem. - Piętnaście lat. Aż ciężko w to uwierzyć - westchnął cicho, przejeżdżając palcami po brodzie. Czarne włosy miał jak zwykle nienagannie ułożone, pociągłą twarz zdobił trudny do rozszyfrowania wyraz, a garnitur i biała koszula wyglądały nieskazitelnie. - Dałaś się tak głupio złapać. Co za upokorzenie.
- Hamilton... ja... - Starała się zacząć jakoś Mallory, ale słowa umykały jej strunom głosowym.
Mężczyzna nawiązał z kobietą kontakt wzrokowy.


- Nie jesteś taka jak nasze rodzeństwo, więc nie zniżaj się proszę do ich poziomu. Zawsze mi się zdawało, że stać cię na więcej.
Nim Mallory zdołała w jakikolwiek sposób odpowiedzieć bratu, pokój stał się niewyraźny i rozsypał na tysiące maleńkich kawałeczków. Sen dobiegł końca.
- Hamilton! - kobieta siadła gwałtownie na materacu ciężko oddychając. Promienie słońca przedzierające się przez zabite deskami okna, objęły salon w swoje władanie i wyglądało na to, że dzień trwał już kilka dobrych godzin.
- Coś się stało? - zapytał Lucien, który nagle pojawił się przy posłaniu Mallory. Miał ciemne sińce pod oczami, potargane włosy, a w jego ruchach dało się wyczuć nerwowość. Musiał nie przespać w nocy nawet minuty.
- Nie, nic. - Mallory przejechała dłonią po skroni. - Miałam sen. I nie był niestety zbyt przyjemny.
- Chcesz coś zobaczyć? - Lucien zaczął wykręcać sobie palce, które lekko dygotały. - Oczywiście jeśli nie masz ochoty już spać. To może zaczekać więc...
- Myślę, że tyle odpoczynku mi wystarczy. - Mallory wstała z materaca. - Prowadź. 
Lucienowi udało się odkryć małe pomieszczenie schowane za dużą dębową szafą. Pełno w nim było puszek z żywnością. Posortowanych, zawiązanych sznurkiem i oznaczonych na ile dni wystarczą. 
- Ktoś chciał tu widać zamieszkać - powiedziała kobieta oglądając jedną z kolorowych etykietek. - Niesamowite. 
- Kim jest Hamilton? - nieoczekiwanie zapytał Lucien. Mallory spojrzała na niego zdziwiona, po czym zdała sobie sprawę, że musiała krzyknąć jego imię, kiedy się obudziła.
- Moim bratem - rzuciła szybko i wyszła z pokoju, by nie musieć kontynuować rozmowy. Chciała iść do łazienki, żeby wziąć szybki prysznic, ale z rozpędu weszła do tej w której leżał trup. Miała już zamknąć z powrotem drzwi kiedy zobaczyła leżącą na ziemi kartkę. Mallory motywowana ciekawością uniosła papier. Słowa na nim wypisane brzmiały następująco:

Droga Lily

Jeżeli to czytasz to pewnie tobie i Arturowi udało się przeżyć. Za szafą w salonie znajdziecie zapasy jedzenia, które dla nas zgromadziłem. Powinno wam wystarczyć na jakiś czas. 
Ja nie miałem zbyt dużo szczęścia. Moje dzieci zostały zabite. Nie ma sensu, żebym dłużej to ciągną. Przepraszam.

Dan

Mallory skończyła czytać i spojrzała na trupa leżącego w wannie. Na jego zapadnięte policzki i bezwładne ciało. Podciął sobie żyły.
Nagle w głowie kobiety pojawiły się słowa, które Hamilton wypowiedział we śnie. Nie jesteś taka jak nasze rodzeństwo, więc nie zniżaj się proszę do ich poziomu.
Do łazienki ostrożnie wsunął się Lucien, a twarz mu gwałtownie stężała. 
Zawsze mi się zdawało, że stać cię na więcej. Mallory znów usłyszała głos brata. Mimo, że był nieprawdziwy, wzięła sobie jego słowa do serca.
- Chcę pochować tego człowieka. Pomożesz mi?


<Lucien? Zapraszam na pogrzeb Dana.>

od Carlos'a

Wywlokłem się z samochodu trzaskając drzwiami, niestety musiałem pozostawić go poza murami miasta. Natychmiast zapadłem się w grząskie błoto dosłownie po kolana, warknąłem pod nosem powoli posuwając się do przodu. Dzień zapowiadał się okropnie, była dopiero ósma a już wysiadł mi prąd w domu, lało jak z cebra a ja stałem pod bramą moknąc i zapadając się w błoto. Nikt nie miał zamiaru otworzyć mi bramy, skrzywiłem się unosząc głowę do góry, nade mną rozpościerały się wieżowce pożerane przez korozję. Kopnąłem metalowe kraty powodując głuchy brzdęk roznoszący się dookoła. Poskutkowało i potężnie zbudowany blondyn wypadł zza rogu mierząc we mnie bronią.
- Samochodu się nie słyszało? - prychnąłem wyciągając dokumenty i podając je mu przez kraty. Mężczyzna uśmiechnął się krzywo uderzając w przycisk otwierający wrota.
- Co ty dzisiaj taki uszczypliwy, Royer? - Zmierzyłem mężczyznę wzrokiem, on przynajmniej miał kurtkę. Odebrałem mu swoje papiery i machnąłem ręką udając się na swój posterunek. Miasto powoli się budziło, co jakiś czas ktoś przemykał obok mnie, miałem wrażenie, że ludzie boją się żołnierzy, z resztą bardzo trafne. Czułem się taki mały, czarny. Przemykałem między budynkami, było zdecydowanie zbyt pusto, zbyt cicho - byłem pewien że coś się święci. Dotarłem do budynku w którym miał stacjonować mój oddział. Wszedłem do środka otrzepując ciężkie buty z błota, przez chwilę kilka par ślepi zwróciło się w moim kierunku, jednak po chwili wszyscy wrócili do swoich zajęć. 
- Kto wyszedł na zwiad? - zapytałem zdejmując przemokniętą, wierzchnią część ubrania i odgarniając mokre włosy z czoła.
- Archie i Jenna są na patrolu, my też zaraz wychodzimy. - Zwróciłem wzrok w stronę rudowłosej dziewczyny którą wołaliśmy właśnie "Ruda", nikt w zasadzie nie pamiętał jej imienia. Zawzięcie pakowała magazynki więc usiadłem w pewnej odległości od dziewczyny dając sobie przynajmniej chwilę by się ogrzać. Nie miałem zbyt dużo na pozbycie się choćby szarej chmury irytacji znad swojej głowy, drzwi skrzypnęły i do środka wpadła właśnie Jenna. 
- Słuchajcie, znaleźliśmy trupa rozsmarowanego na chodniku.
- Więc go spalcie, jeszcze kogoś zarazi tym syfem. - Ruda najwyraźniej też nie była w najlepszym humorze.
- Zupełnie was to nie rusza?! - Brunetka wbiła we mnie swoje ślepia czekając na trochę współczucia. Była jeszcze młoda, nie naoglądała się jeszcze tyle trupów. - Sprzątnijcie go.
Rudowłosa podniosła się z miejsca zabierając swoje wyposażenie, zrobiłem do samo. Zauważyłem jak tryumfalnie spogląda na brunetkę mijając ją w drzwiach, zrobiło mi się szkoda młodej.
Na szczęście przestało padać, przechadzaliśmy się po mieście bez określonego celu próbując wyłapać coś podejrzanego. Mijaliśmy jedynie zwiadowców z innych oddziałów, było tak cholernie nudno.
Dziewczyna przystanęła robiąc głęboki wdech po czym soczyście zakaszlała. 
- Czujesz jak wali?
Rzeczywiście w powietrzu unosił się okropny smród. 
- Palą ich.
- Obrzydliwe. - Obruszyła się zapinając kurtkę pod sam nos. Przez chwilę szliśmy w ciszy przeczesując teren, nagle dziewczyna spojrzała na mnie z błyskiem w oku. -Zrywamy się na chwilę. -Rzuciła po czym ruszyła przed siebie skręcając w boczną uliczkę. Rozejrzałem się dookoła po czym puściłem się w ślad za nią, przeskakując kolejne kontenery na śmieci i wygięte latarnie. Słyszałem przed sobą jej śmiech kiedy z prędkością światła pokonywała przeszkody jakby to było dla niej nic, w końcu zatrzymała się przed zapuszczoną kamienicą wyjmując broń.
- Wchodzimy. - I tak też zrobiliśmy prześlizgując się po schodach pozbawionych poręczy, wszystko śmierdziało stęchlizną. Ktoś trzasnął drzwiami jednego z mieszkań, jeśli ktokolwiek tu był nie miał zamiaru się z nami bić. Wkroczyliśmy do mieszkania na samej górze, na podłodze leżały porozrzucane ubrania, rozgniataliśmy butami odłamki szkła. Dziewczyna ze sporą ekscytacją doskoczyła do blatu czegoś co było wcześniej kuchnią obejmując dłonią maszynę. - Ile wziąłbyś za naprawę tego złoma? - Podszedłem bliżej przyglądając maszynie, wyglądała na ekspres do kawy.
- Po co ci on? -Zmarszczyłem brwi próbując jakoś dostać się do środka.
- Dałabym go mamie na urodziny - oznajmiła. - Ale to nie ważne, ile?
- Pewnie sporo - mruknąłem. - Mogę spróbować ale nie obiecuję że zadziała. I wyrwałaś nas z posterunku dla ekspresu, pogięło cię?
- Podrzucę ci go, przy okazji przeczeszę tą twoją warownię - zaśmiała się zawracając w stronę wyjścia. Gdy wyszliśmy na zewnątrz znów zaczęło padać wiejąc nam prosto w twarz, przekląłem pod nosem. Dotarliśmy do bazy, dziewczyna weszła do środka pierwsza, nagle stanęła jak słup blokując mi drogę wejścia. - Co jest? -mruknąłem wyglądając zza jej ramienia, moim oczom ukazała się sylwetka jakiegoś chłopaka szarpiącego się na podłodze, obok dwóch naszych ludzi.
- Świetlik. - Na twarzy rudowłosej zagościł uśmiech satysfakcji, darzyła organizację ogromną nienawiścią. Weszliśmy do środka, usadowiłem się na stole obserwując jak czerwonowłosy chłopak został skrępowany i pozostawiony na podłodze. Chłopcy musieli wrócić i dokończyć swoją wartę, zostaliśmy więc we trójkę. Przyglądałem się jak dziewczyna trąca go butem z kamienną twarzą.
- Nie maltretuj go - mruknąłem zakładając jedną nogę na drugą.
- Zachciało się bawić w bunty, co? - prychnęła zupełnie nie zważając na moje słowa, złapała chłopaka za włosy unosząc jego obitą twarz do góry. - Nie będziesz się nawet bronił?
- Idź, przynieś tu ten ekspres. - Rudowłosa uśmiechnęła się uroczo puszczając chłopaka który z hukiem upadł na posadzkę, zgarnęła kurtkę i po chwili już jej nie było. Zapadła cisza kiedy obserwowałem warczącego coś pod nosem czerwonowłosego, z każdym ruchem syczał z bólu. Zeskoczyłem ze stołu zwracając na siebie jego uwagę. 
- Jaki masz interes w oszczędzaniu mi bólu? - Warknął czerwonowłosy swoim niskim głosem.
Przyklęknąłem obok niego przyglądając się surowemu wyrazowi jego twarzy, kąciki moich ust powędrowały do góry. - Co mi zrobicie?
- Zgnijesz w jakiejś dziurze albo dostaniesz kulkę, zależy czy twoi koledzy nabroją. - Dojrzałem błysk przerażenia w jego spojrzeniu, po chwili ściągnął brwi i przygryzł dolną wargę w jakimś nieokreślonym przypływie determinacji. 
- Wypuść mnie. - Prychnąłem śmiechem spoglądając na chłopaka. 
- I co będę z tego miał?
- Co zechcesz. - Spojrzałem na niego z politowaniem, pałał chęcią życia.
- W takim razie chcę ciebie. - Rozciągnąłem ręce wyłamując sobie palce.
- Że co proszę?! - Czerwonowłosy aż szarpnął się na bok, przekrzywiłem głowę na bok lekko rozbawiony.
- Nie będę negocjował.


<Chanyeol?>