Świat Mallory gwałtownie zawęził się do drapiącego koca, twardego materaca i cuchnącej poduszki. W głowie huczało jej ze zmęczenia, a oczy piekły niemiłosiernie. Nie mogła się nawet ruszyć, bo odnosiła wrażenie, że mięśnie zamieniły się w rozżarzone węgle, przypiekające skórę od środka.
Sen jak zwykle nie przyniósł ukojenia. Pełno w nim było zarażonych, wypatroszonych ludzi i odciętych głów turlających się po ziemi. Mary zniknęły dopiero wówczas gdy Mallory otworzyła szeroko powieki. Pełen ulgi wzrok utkwiła w suficie, który wydał się jej w tamtym momencie najmilszą rzeczą pod słońcem.
Hamilton. To była pierwsza myśl Mallory. A im głębiej wpadała w wir wyrzutów, że zawiodła brata, tym silniejsza panika ogarniała ciało kobiety.
Była zdana tylko na siebie. Była sama. Była bezbronna. Była praktycznie martwa...
Mallory zacisnęła mocno powieki starając się pozbyć tych natrętnych myśli. Musiała zacząć działać racjonalnie. Hamilton tego właśnie by od niej oczekiwał. Opanowania i chłodnej kalkulacji. Trzeba wrócić do Detroit. Tak. Trzeba. Wiedziała, że da radę. Istniała szansa, że da rade. Może da radę. Nie da rady...
Otworzyła znów oczy i odwróciła głowę chcąc zobaczyć co z Lucienem. Materac na którym miał spać, był pusty. Choć istniała prawdopodobnie setka wyjaśnień dlaczego mężczyzny nie ma, to do głowy Mallory przyszła od razu ta najgorsza. Zarażeni albo ludzie o nieczystych zamiarach. Ręka kobiety automatycznie wsunęła się pod materac gdzie ukryła nóż znaleziony wcześniej w kuchni. Palce bezszelestnie zacisnęły się na rękojeści.
Kobieta zaczęła powoli wstawać, kiedy nagle dostrzegła mężczyznę siedzącego na parapecie.
- Lucien? - zapytała cicho, choć jeszcze zanim słowa wypełzły jej z gardła, rozpoznała sylwetkę nowego znajomego.
- Tak? - odparł przytrzymując dłonią niezapalonego papierosa.
- Wszystko w porządku? - Mallory wysunęła dłoń z pod materaca zostawiając nóż w spokoju.
- No wiesz... nowe miejsce. Zresztą nie za bardzo chce mi się teraz spać. - W głosie Luciena pobrzmiewała dziwna nuta, ale Mallory postanowiła nie naciskać.
- Rozumiem. - Starała się wykrztusić z gardła jakieś słowa otuchy, ale sama czuła strach i niepokój, które skutecznie przyblokowały pozytywne myślenie.
Kobieta położyła się z powrotem naciągając liniejący koc pod samą brodę. Zapanowało ciężkie milczenie, które trwało aż do pierwszych promieni słońca kiedy to Mallory udało się ponownie usnąć. Początkowo mary w postaci zarażonych zaczęły biegać pod jej powiekami jednak nagle gdzieś wyparowały i kobieta znalazła się w małym kolorowym pokoiku. Ściany zapełniały rysunki i zniszczone plakaty sportowców. Po podłodze walały się zabawki, a stare łóżko skrzypiało pod naporem stosów grubych książek, które ktoś niedbale tam rzucił.
Mallory znalazła się w swoim dawnym pokoju.
- Dawno nas tu nie było - odezwał się męski głos tuż za jej plecami. Kobieta odwróciła się gwałtownie i stanęła twarzą w twarz z Hamiltonem. - Piętnaście lat. Aż ciężko w to uwierzyć - westchnął cicho, przejeżdżając palcami po brodzie. Czarne włosy miał jak zwykle nienagannie ułożone, pociągłą twarz zdobił trudny do rozszyfrowania wyraz, a garnitur i biała koszula wyglądały nieskazitelnie. - Dałaś się tak głupio złapać. Co za upokorzenie.
- Hamilton... ja... - Starała się zacząć jakoś Mallory, ale słowa umykały jej strunom głosowym.
Mężczyzna nawiązał z kobietą kontakt wzrokowy.
Mallory znalazła się w swoim dawnym pokoju.
- Dawno nas tu nie było - odezwał się męski głos tuż za jej plecami. Kobieta odwróciła się gwałtownie i stanęła twarzą w twarz z Hamiltonem. - Piętnaście lat. Aż ciężko w to uwierzyć - westchnął cicho, przejeżdżając palcami po brodzie. Czarne włosy miał jak zwykle nienagannie ułożone, pociągłą twarz zdobił trudny do rozszyfrowania wyraz, a garnitur i biała koszula wyglądały nieskazitelnie. - Dałaś się tak głupio złapać. Co za upokorzenie.
- Hamilton... ja... - Starała się zacząć jakoś Mallory, ale słowa umykały jej strunom głosowym.
Mężczyzna nawiązał z kobietą kontakt wzrokowy.
- Nie jesteś taka jak nasze rodzeństwo, więc nie zniżaj się proszę do ich poziomu. Zawsze mi się zdawało, że stać cię na więcej.
Nim Mallory zdołała w jakikolwiek sposób odpowiedzieć bratu, pokój stał się niewyraźny i rozsypał na tysiące maleńkich kawałeczków. Sen dobiegł końca.
- Hamilton! - kobieta siadła gwałtownie na materacu ciężko oddychając. Promienie słońca przedzierające się przez zabite deskami okna, objęły salon w swoje władanie i wyglądało na to, że dzień trwał już kilka dobrych godzin.
- Coś się stało? - zapytał Lucien, który nagle pojawił się przy posłaniu Mallory. Miał ciemne sińce pod oczami, potargane włosy, a w jego ruchach dało się wyczuć nerwowość. Musiał nie przespać w nocy nawet minuty.
- Nie, nic. - Mallory przejechała dłonią po skroni. - Miałam sen. I nie był niestety zbyt przyjemny.
- Chcesz coś zobaczyć? - Lucien zaczął wykręcać sobie palce, które lekko dygotały. - Oczywiście jeśli nie masz ochoty już spać. To może zaczekać więc...
- Myślę, że tyle odpoczynku mi wystarczy. - Mallory wstała z materaca. - Prowadź.
Lucienowi udało się odkryć małe pomieszczenie schowane za dużą dębową szafą. Pełno w nim było puszek z żywnością. Posortowanych, zawiązanych sznurkiem i oznaczonych na ile dni wystarczą.
- Ktoś chciał tu widać zamieszkać - powiedziała kobieta oglądając jedną z kolorowych etykietek. - Niesamowite.
- Kim jest Hamilton? - nieoczekiwanie zapytał Lucien. Mallory spojrzała na niego zdziwiona, po czym zdała sobie sprawę, że musiała krzyknąć jego imię, kiedy się obudziła.
- Moim bratem - rzuciła szybko i wyszła z pokoju, by nie musieć kontynuować rozmowy. Chciała iść do łazienki, żeby wziąć szybki prysznic, ale z rozpędu weszła do tej w której leżał trup. Miała już zamknąć z powrotem drzwi kiedy zobaczyła leżącą na ziemi kartkę. Mallory motywowana ciekawością uniosła papier. Słowa na nim wypisane brzmiały następująco:
Droga Lily
Jeżeli to czytasz to pewnie tobie i Arturowi udało się przeżyć. Za szafą w salonie znajdziecie zapasy jedzenia, które dla nas zgromadziłem. Powinno wam wystarczyć na jakiś czas.
Ja nie miałem zbyt dużo szczęścia. Moje dzieci zostały zabite. Nie ma sensu, żebym dłużej to ciągną. Przepraszam.
Dan
Mallory skończyła czytać i spojrzała na trupa leżącego w wannie. Na jego zapadnięte policzki i bezwładne ciało. Podciął sobie żyły.
Nagle w głowie kobiety pojawiły się słowa, które Hamilton wypowiedział we śnie. Nie jesteś taka jak nasze rodzeństwo, więc nie zniżaj się proszę do ich poziomu.
Do łazienki ostrożnie wsunął się Lucien, a twarz mu gwałtownie stężała.
Zawsze mi się zdawało, że stać cię na więcej. Mallory znów usłyszała głos brata. Mimo, że był nieprawdziwy, wzięła sobie jego słowa do serca.
- Chcę pochować tego człowieka. Pomożesz mi?
<Lucien? Zapraszam na pogrzeb Dana.>

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz