wtorek, 21 lutego 2017

od Jane

Ostrożnie uchyliłam powieki i rozejrzałam się po pokoju, w którym się znajdowałam. Leżałam na starej obdartej kanapie, a w powietrzu unosiły się drobinki kurzu. Światło dostawało się do pomieszczenia przez szpary w zabitych deskami oknach. Tapeta z kwiatowym motywem odrywała się od brudnych ścian, a podłogę zdobił gruz z osypującego się sufitu. Jedyne słowo opisujące to mieszkanie to rudera, która niestety jest moim domem. W Detroit pojawiłam się niedawno. Przenieśli mnie tu wraz z oddziałem, do którego należałam. Wstąpiłam do wojska tylko po to, aby znaleźć brata. Z czasem widzę, że ta decyzja była lekkomyślna. Mam takie dni, kiedy pluję sobie w brodę za moje nieprzemyślane zachowanie. Niestety czasu nie cofnę i muszę żyć z moimi grzechami.
Kolejna wyprawa zakończyła się niepowodzeniem. Wypad do sąsiedniego miasta po zapasy i rekrutację nowych ochotników do wojska skończył się dla nas tragicznie. Straciliśmy dwójkę młodych ludzi. Zostali zaatakowani przez zarażonych, kiedy schodzili do kanałów. Tomiemu udało się wrócić i zdać raport co się dzieje w podziemnych tunelach. W akcie wdzięczności dostał kulkę między oczy od naszego dowódcy. Często zwykli żołnierze byli likwidowani po walce z zarażonymi, nawet, wtedy kiedy nie mieliśmy z nimi bezpośredniego kontaktu.
Każdy z nas był poobijany i miał liczne zadrapania na ciele. Sama dostałam ostrym kamieniem, który rozciął mi lewy policzek. Prawdopodobnie miałam też zwichniętą kostkę w prawej nodze, co dyskwalifikowało mnie na razie z czynnej służby. Zostałam na razie zawieszona, a do pracy(?) wrócę na pewno już wkrótce. Bycie żołnierzem, którego zadanie jest ochranianie bezpiecznej strefy, nie jest wcale łatwe. Wiele razy się o tym przekonałam na własnej skórze. Tu dostałam kilkoma kamieniami lub strzelano do nas bez konkretnej przyczyny. Trzeba było się jakoś przystosować, co na szczęście mi się udało zrobić po części. Ludzie ze strefy mieli nas za potwory. Brano nas za tych złych. Ludzie w strefie nie zwracali uwagi na niebezpieczeństwo, bo wiedzieli, że my stoimy na straży. Tylko jak długo jeszcze?
Z trudem dotarłam do swojego mieszkania? Chyba można tak nazwać tę ruderę, w której mieszkam i egzystuję, kiedy nie jestem na służbie. Moje gniazdko mieściło się w opustoszałej kamienicy, w której nikt nie mieszka oprócz mnie i kilkoma szczurami, które swoją drogą są bardzo uciążliwe. W nocy słyszę ich głośne tuptanie i piski. Choć zakładam przeciw nim pułapki, to one jakoś magicznie je omijają, ale mniejsza o szczury. Odstawiłam swój sprzęt pod ścianę, gdzie było jego miejsce, a sama przebrałam się w wygodniejsze i lżejsze ubranie niż mundur, który daje popalić w szczególności, kiedy jest gorąco lub obficie leje. Odświeżyłam się trochę i przyjrzałam swojemu odbiciu w lustrze. Rana na pliku paskudnie wyglądała. Dookoła rozcięcia skóra była zaróżowiona i lekko opuchnięta. To zły znak. Jeśli wdało się zakażenie, to długo nie pociągnę. Przemyłam skaleczenie czystą wodą, która została w manierce z niedawnej akcji. Bolało jak diabli, ale cóż zrobić? Po bawieniu się w pielęgniarkę powłóczyłam się na swoją kochaną kanapę, na której prawie cały czas spędzałam moje życie. Nie miała gdzie wychodzić. No, chyba że na dach, który porastała trawa i truskawki z poziomkami. Można uznać to za mój własny ogródek.
Utykając na zranioną nogę, przedzierałam się przez ulice bezpiecznej strefy. Byłam zmuszona wyjść z mojego azylu, ponieważ dziwnym trafem zapas wody mi się skończył. I tak oto znalazłam się pośrodku Detroit z plecakiem na plecach ranna i spragniona.


<Edgar? c;>

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz