sobota, 11 lutego 2017

od Mallory - cd. Luciena

Po karku Mallory przebiegł zimny dreszcz.
Byli zamknięci w małym pomieszczeniu z tylko jednym wyjściem, pozbawieni broni z prawdziwego zdarzenia, a coś właśnie pełzło w ich kierunku. Kobieta dała nowemu znajomemu znak i oboje przywarli do ściany tuż obok wyjścia na korytarz.
Szuranie stawało się coraz głośniejsze i bardziej natarczywe. Mallory zamknęła oczy, by lepiej skupić się dźwięku, ale oddech Luciena okazał się zbyt natrętny, więc zasłoniła mu dłonią nos i usta. Mężczyzna starał się jakoś zaprotestować, ale szuranie osiągnęło wówczas apogeum. W głowie Mallory narysował się obraz kulawego zarażonego.
- Hej... - powiedział przytłumionym głosem Lucien. - Popatrz. 
Kobieta otworzyła oczy i zamiast pokrytego grzybem człowieka zobaczyła tłustego szczura zaplątanego w reklamówkę.
Mallory odetchnęła z ulgą.
- Możesz już... ? - zapytał Lucien wskazując drobną dłoń zasłaniającą jego usta.
- A tak. Przepraszam. - zabrała rękę i rozwiązała przy okazji sznur krępujący nadgarstki mężczyzny. - Jestem Mallory. 
Oboje wstali i zajrzeli w głąb ciemnego korytarza, pełnego rozwalonych mebli.
- Idziemy? - zapytał z kwaśną miną Lucien.
- A mamy jakiś wybór? - odpowiedziała, po czym przelazła przez dziurę.
_____

Udało im się znaleźć w jednym z pokoi na piętrze, dwa plecaki oraz nożyczki, które Mallory rozłożyła na części i dała jedną Lucienowi.
- Biegaczom wbijasz to w szyję, a klikacze zachodzisz od tyłu i celujesz w zagłębienie koło obojczyka. Tutaj - Mallory pokazała mężczyźnie miejsce o którym mówiła. 
Lucien pokiwał głową na znak, że zrozumiał.
Korytarz zdawał się ciągnąć w nieskończoność, a ilekroć znajdowali jakieś schody na parter dobiegały stamtąd potworne krzyki i charakterystyczne klikanie.
W końcu udało im się znaleźć przeszklone przejście prowadzące do sąsiedniego budynku. Podłoga lekko dygotała pod naciskiem dwóch par butów. 
Lucien zatrzymał się niespodziewanie i spojrzał na ulicę pod nimi.
- Coś się stało?
- Nie, nic... - wykrztusił mężczyzna.
- Lepiej na to nie patrzeć. Uwierz mi. - Mallory przejechała tylko wzrokiem, po wypatroszonych ludziach leżących w kałuży błota zmieszanego z krwią. - No chodź, Lucien.


- Ta - przytaknął mężczyzna przejeżdżając dłonią po twarzy i w końcu znów zaczął iść.
Dotarli do dużego pomieszczenia pełnego sprzętu laboratoryjnego. Pełno było w nim klatek z myszami, które nerwowo dreptały w miejscu.
Niespodziewanie coś większego ruszyło się w koncie pokoju. Mallory nie czekając nawet chwili dłużej skoczył do przodu trzymając w ręce część nożyczek. Znowu była gotowa na walkę z zarażonym, ale tak jak poprzednio przeżyła "rozczarowanie". Źródłem ruchu okazał się zdrowy, ubrany w kitel mężczyzna o twarzy pokrytej tygodniowym zarostem. Trzymał w ręce wycelowany w Mallory pistolet, ale nie był w tym zbyt stanowczy i kobiecie wystarczyły trzy ruchy by mu ją odebrać.
- Kim jesteś? - zapytała przykładając mu broń do skroni.
- Will... William Jones... Nie zabijaj mnie! Błagam! Ja nic... !
- Dla kogo pracujesz? - Mimo jęków mężczyzny Mallory pozostawała nieugięta.
- Dla Świetlików, ale... to...
- Nie rozklejaj się tylko współpracuj, dobra? Dlaczego nas porwaliście? I gdzie jesteśmy?


<Lucien? Może niech się w końcu zarażeni pojawią. c: >

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz