To nie tak, że miał zamiar podglądać. Mallory po prostu zostawiła uchylone drzwi.
Kiedy rozeszli się po domu, kobieta, lekko powłócząc zranioną nogą, skierowała się na piętro. Lucien rozejrzał się nieco niepewnie po ogromnym pomieszczeniu. Znajdował się w czymś w rodzaju holu. Po obu stronach można było dostrzec puste futryny w drzwiach, które czas lub cokolwiek innego wzięło w swoje posiadanie. Mężczyzna zdecydował się pójść w lewo. Przekroczył próg, którego kiedyś prawdopodobnie zdobiła listwa. Drewniane panele zamieniły się na popękane płytki. Zmianie uległa również boazeria. W przedpokoju brudnoszara teraz niemal beżowa. Wnioskując z wysokich blatów, wysepki na środku pomieszczenia oraz leciwej kuchenki gazowej, był w kuchni. Na myśl od długich latach bez prądu, powstrzymał się od sprawdzenia zawartości lodówki.
Przysiadł na stołku barowym z cierpiętniczym westchnieniem. Gdzieś z tyłu głowy włączył się alarm, informujący o zmianie otoczenia i niosący ze sobą niepokój. Zdławił w sobie narastającą panikę. Choć tak bardzo chciałby być w tym zasranym Detroit. Chociaż już wiedział, że tej nocy nie zmruży oka, to przecież nie mogło mu teraz odwalić.
Lucien zgarbił się i opierając łokcie o kolana, nerwowo przeczesał palcami włosy. Nagle zamarł. Do jego uszu dobiegł szum wody. Prysznic, pomyślał. Zaciekawiony, Howland podniósł się ze stołka i ruszył powoli schodami w górę, starając się stawiać kroki jak najciszej. Przez zabite okna wpadało bardzo niewiele światła, zresztą zbliżał się zmierzch. Tak czy inaczej, długi korytarz tonął w półmroku. Podłoga wyłożona grubym dywanem skutecznie tłumiła odgłos kroków, ale przy każdym ruchu w powietrze wzbijał się tuman kurzu. Na ścianach w sporych odstępach wisiały najróżniejsze ozdoby. Od zdjęć, przez obrazy, do osobliwych, egzotycznych masek i wachlarzy.
Przedostatnie drzwi po prawej stronie były lekko uchylone. Howland wahał się chwilę, ale w końcu wsunął głowę w otwór.
W kącie niewielkiej, ale rażąco kolorowej sypialni stało lustro, w którym przeglądała się jakaś kobiet... Mallory, uświadomił sobie Lucien ze zdumieniem. Twarz wydobyta wodą, jak zaklęciem, z kurzu i krwi wyglądała... zupełnie inaczej. Z tego samego powodu, duże, migdałowe oczy, mimo iż nadal były podkrążone, nabrały intensywniejszej barwy. Jest piękna, pomyślał Lucien z dziwną obojętnością. Odchrząknął lekko.
- Mogę?
Mallory odwróciła się do niego, nadal przyciskając do siebie delikatną sukienkę w kolorze pogodnego nieba. Szybko kiwnęła głową. Niemal z żalem odłożyła ubranie na bok, starannie je składając. Zimny materiał przelewał się przez palce. Mężczyzna przeszedł przez pokój i opadł ciężko na łóżko, które skrzypnęło przeraźliwie, ale go utrzymało. Dopiero teraz odkrył, że towarzyszka zgubiła gdzieś swój dawny strój. Zniszczone i splamione krwią spodnie zmieniła na przylegające do ciała jeansy, a podartą koszulkę na golf. Zupełnie nie przypominała zimnej i zdecydowanej osoby, którą napotkał w ciężarówce. Sam nie był pewien, co powinien o tym sądzić.
Kobieta oparła się biodrami o biurko naprzeciwko niego i zlustrowała go spojrzeniem.
- Chyba przyda nam się odpoczynek, nie?- spytała niepewnie. Lucien kiwnął głową z roztargnieniem, zaprzątnięty swoimi myślami. Milczenie zapadło między nich jak ciężka kurtyna. Żadne nie miało siły, by ją podnieść.
Gdzieś za zabitymi deskami powoli gasło słońce, a przynajmniej tak można było przypuszczać, bo niebo zakryły kotłujące się chmury. Po kilku chwilach pierwsze krople zabębniły o parapet. Z początku, jakby nieśmiało, wkrótce przerodziły się nieustanny szum.
- Lubisz czekoladę?- Głos Luciena był nieco ochrypły od długiego milczenia. Opadł na plecy i wlepił wzrok w sufit. Kawałek tynku opadł mu na nos.
- Słucham?- Twarz Mallory wykrzywiła się w zabawnym wyrazie zaskoczenia.
- Zapytałem, czy lubisz czekoladę.
- Ale dlaczego?
Właśnie, dlaczego?
- Chyba jesteśmy na siebie skazani, prawda? Trochę niezręcznie by było, gdybyśmy absolutnie nic o sobie nie wiedzieli. Przynajmniej takie podstawowe informacje. Jeśli nie chcesz, nie musisz odpowiadać.
- Nie, nie- zaprotestowała szybko.- po prostu mnie zaskoczyłeś. Podstawowe mówisz... Tak, lubię czekoladę.- Zasępiła się.- To znaczy, lubiłam. Zanim to wszystko, no wiesz.
Kobieta wykonała nieokreślony gest ręką jakby nakreślając to "no wiesz" i usadowiła się wygodniej na biurku. Oparła podbródek na dłoniach, a łokcie na kolanach.
- W takim razie możemy zadawać sobie po jednym pytaniu. W porządku?- Nie czekając na odpowiedź, rzuciła:- ulubione jedzenie.
Lucien przekręcił się tak, by móc na nią spojrzeć. Mokre włosy przerzuciła przez ramię, a w oczach czaiły się iskierki.
- Lasagna. Przynajmniej kiedyś.- Skrzywił się.- Pewnie teraz już tak by mi nie smakowała.- Teraz ja... Twój najbardziej irracjonalny strach z dzieciństwa?
<No, Mallory? xd>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz