Cudowna codzienna rutyna; pobudka, poranna toaleta, śniadanie, kawa, przyjaciel grożący bronią.
Dzień zaczął się tak, jak zwykle. Zwykle. To słowo było dla Luciena jak balsam. Kawa za każdym razem przygotowana w ten sam sposób. Zęby myte według stałego schematu. Mężczyzna odprawiał mały rytuał nawet przy ubieraniu skarpetek- najpierw zakładał lewą, dopiero później prawą. Stąd irytacja, gdy energiczne pukanie do drzwi przerwało Lucienowi sączenie gorącego napoju. Ze złością zerknął na zegarek. Zdecydowanie nie miewał o tej porze gości. Pracownicy lewej bimbrowni doskonale wiedzieli, jak wrażliwy jest Howland pod względem swoich przyzwyczajeń.
Mężczyzna odepchnął się od kuchennego blatu i z kubkiem w ręce przemierzył pomieszczenie. Niepozorna kuchnia łączyła się z pokojem, który służył jako salon i sypialnia. Był też pierwszym, co widziało się po wejściu do małego mieszkania. Z powodu nieprzyzwoitej ilości znajdujących się tam rzeczy, sprawiało wrażenie przytulnego i na pierwszy rzut oka nieco zagraconego. Po wnikliwej obserwacji można jednak było dostrzec pewien system w układzie mebli i innych przedmiotów znajdujących się w pomieszczeniu. Wszystko- od starannie pościelonego łóżka, przez solidne regały z ciemnego drewna, po wiekowe biurko stojące w rogu- było utrzymane w czystości.
Lucien zgrabnie ominął stos książek- pamiątkę po ostatniej wizycie u ojca- i dotarł do drzwi. Zerknął przez wizjer, ale to co ujrzał najwidoczniej mu się nie spodobało, bo zmarszczył nos. Najwyraźniej zniecierpliwiony gość ponownie uniósł rękę do drzwi. Tym razem pukanie było bardziej stanowcze.
- Howland, otwórz do cholery.
Wywołany skrzywił się i uchylił drzwi jedynej osobie, którą mógłby niemal nazwać przyjacielem. Stanford Lewis uśmiechnął się lekko, ale nerwowo. Był zbliżającym się do trzydziestki mężczyzną średniego wzrostu i wiecznie przekrwionych, ruchliwych oczkach. Zbyt długie, brązowe włosy opadały mu na czoło, a że ciągle je odgarniał, nieustannie były tłuste. Pomimo nieco odpychającej aparycji, zawsze pogodny i wesoły Lewis był miłą odmianą od burkliwych współpracowników Howlanda.
- Mogę wejść?- zapytał.
- Nie wiem.- Lucien zmierzył go uważnie spojrzeniem. Nie znali się zbyt długo, za to sporo o sobie wiedzieli.- Co chciał...
Jasnowłosy mężczyzna gwałtownie szarpnął się do tyłu. Kubek z kawą wylądował na twarzy gościa, który wypluł z siebie wiązankę przekleństw. Lucien tymczasem przeskoczył przez kanapę i sięgnął w stronę biurka, gdy tamten się odezwał.
-Już, kurwa, dosyć.- Mówił spokojnie, ale jego głos drżał, jakby miał się zaraz rozpłakać. Lewą rękę przyciskał do czoła w miejscu, gdzie trafił do kubek. W drugiej dzierżył Glocka wycelowanego w gospodarza. Machnął bronią w wymowny sposób. Nie spuszczając wzroku z napastnika, Lucien ostrożnie podszedł we wskazane miejsce. Syknął, gdy jego mały palec natrafił na kant stolika do kawy. Miał się odezwać, ale nie zdążył, bo Stanford jednym krokiem pokonał dzielącą ich odległość. Mężczyzna zdążył tylko zarejestrować ciemny przedmiot zbliżający się z niebezpieczną prędkością do jego głowy. Nagle ktoś wyłączył świat.
Pierwsze, co poczuł, to ból. Z tych tępych, co rozchodzą się po całej czaszce, jakby głowa nie mogła już pomieścić mózgu. Lucien z niechęcią otworzył przekrwione oczy, a jego nos natychmiast zaatakował mdlący odór. Nie wiedział gdzie jest i nie miał pewności, czy chciał się dowiedzieć. Znajdował się w jakimś ciasnym, podłużnym pomieszczeniu, którego ciemnoszare ściany falowały. Podłoga była zimna, wykonana z metalu. Cały pokój podskakiwał co jakiś czas, wywołując mdłości u mężczyzny. Nie, nie pokój. Przyczepa jakiegoś dużego pojazdu. W dodatku nie był w niej sam. Dookoła siebie dostrzegł inne osoby. Niektóre siedziały, ocierając łzy. Inne leżały z zamkniętymi oczami, martwe lub tylko pogrążone w śnie.
Lucien przyjrzał się towarzystwu, usiłując dostrzec jakąś powtarzalność, żeby wytłumaczyć całą sytuację, ale pasażerowie przyczepy byli całkowicie od siebie różni. Kobiety i mężczyźni w różnym wieku i odmiennych kolorach skóry. Gdzieś poza zasięgiem wzroku mężczyzny zapłakało dziecko. Zmarszczył brwi i podniósł się do siadu, ignorując zawroty głowy.
Obok niego siedziała na oko trzydziestoletnia kobieta o czujnym wyrazie szczupłej twarzy. Na ramionach i szyi dostrzegł liczne siniaki i zadrapania. Gęste czekoladowe włosy związała w koński ogon. Wzrok utkwiła gdzieś ponad znajdujące się w pojeździe, jęczące postaci. Wyglądała na przygotowaną, na cokolwiek, co miało się wydarzyć.
Odwykły od mówienia głos z początku odmówił posłuszeństwa.
- Gdzie jedziemy?- spytał wreszcie.
<Mallory? >
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz