czwartek, 9 lutego 2017

od Rhysanda - cd. Aurory

Życie tutaj bywało straszliwie nudne, ale chyba aż tak nudnego dnia jak dzisiaj, to jeszcze nie miałem. Na mój argument wleci sam fakt, że poszedłem po zakupy, pierwszy raz w życiu wyręczając w tym Anastasię. Anastasia to o 3 lata młodsza ode mnie dziewczyna, którą znalazłem, gdy miałem zaledwie 15 lat. Od tej pory mieszkamy razem w opuszczonym budynku i jakoś żyjemy. Kradniemy żarcie ze strefy kwarantanny, bo po prostu tak jest łatwiej. Zarabiam marne grosze na zabójstwach poszczególnych jednostek i jestem zadowolony z poziomu mojego wyszkolenia. Poza tym kobiety jest mi bardzo łatwo uwieść, nie pytajcie dlaczego.
- Dzisiaj ja pójdę - Anastasia przymierzała się, żeby wstać z łóżka. O ile ten wiekowy materac można nazwać łóżkiem.
- Nie, zostań - mruknąłem i spojrzałem na jej ranę po kalibrze 45. Nadal nie przestała krwawić, chociaż już nic jej nie grozi. Nasmarowali naboje dziwną trucizną, która nie pozwalała na zasklepienie się rany.
~~*~~
Siedziałem przy stole w najpodlejszej gospodzie świata i zastanawiałem się, jakim sposobem moje życie toczy się właśnie w ten sposób. Nienawidziłem tego świata. Nienawidziłem smrodu, brudu i śmieci, nienawidziłem gęstej mgły, która opatulała to miejsce niczym niewidzialny koc, nienawidziłem wszystkich bogatych, którzy wzbogacali się na tej przeklętej chorobie i wszystkich tych żałosnych ludzi tutaj mieszkających. Nikt mnie nie znał i nikt nie miał pojęcia, że chłopak w kapturze, to owiany najgorszą sławą zabójca ich całego, marnego świata. Jednak ja nigdy nie chciałem, żeby ktokolwiek dowiedział się o mojej tożsamości. Plakaty ze znakiem zapytania na twarzy mężczyzny zakrywały wszelkie okna i lampy oświetlające puste ulice. Szukali mnie, ale nie mogli znaleźć. Tylko moi zleceniodawcy wiedzieli, gdzie mnie szukać i jak skończą, gdy odważą się mnie wydać. Pociągnąłem łyk piwa i o mało co nie wyplułem go na ziemię. Obrzydliwość. Piwo wszędzie było tak tanie i nędzne, zresztą jak całe to miejsce. Wyjąłem miedziaka i zostawiłem na ladzie. Poszedłem zdobyć jedzenie.
~~*~~
Nie kłamiąc - byliśmy w Anastasią bogaci dzięki mojej funkcji, ale nie odnosiliśmy się z tym. Całe bogactwo zostawialiśmy na czarne godziny. Teraz, gdybyśmy pokazali, jakim majątkiem dysponujemy, pewnie armia zaczęłaby węszyć. Do kwarantanny dostałem się dosyć szybko. Ochrona tutaj była całkiem okej, ale jak dla mnie, to nie stanowiła większego problemu. Zauważyłem, że większość ludzi gdzieś wybyła, ale jakaś dziewczyna nadal tutaj tkwiła. Musiałem się jej pozbyć.
- Ej! - krzyknąłem.
Momentalnie wstała. Była trochę wystraszona. Podszedłem do niej ze swoim szarmanckim, sarkastycznym uśmiechem demona.
- Nie mam pojęcia kto, ale woła Cię jakiś - wymyśl szybko coś realistycznego, Rhys - wysoki brunet.
Gorzej, jak nie zna żadnego wysokiego bruneta. Spojrzała na mnie tym samym, wystraszonym wzrokiem. Dawno najwidoczniej z nikim nie rozmawiała.
- Miał może na imię Kyle? - wyszeptała.
Bingo.
- Tak, dokładnie! - mruknąłem i odprowadziłem ją wzorkiem. Przystąpiłem do magazynu, do którego miałem już wyrobione klucze. Sztuka mistrza kryminalnego, czyli mnie. Spakowałem ile się da do torby podręcznej i plecaka. Strażnicy zaraz zaczną się budzić, więc musiałem być szybki. Wychodziłem. ale zauważyłem obok tą samą, niską blondynkę.
- Co Ty robisz?
- Kradnę, skarbie - mrugnąłem do niej i zniknąłem w mroku.


<Auroro?>

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz