Z punktu widzenia szanującego się pracoholika, ten dzień wcale nie należał do najlepszych. Edgar od rana zdążył bowiem dostać jedynie grupę pacjentów z tak pospolitymi dolegliwościami jak delikatne wstrząśnienie mózgu, zwichnięte kolano czy wybity palec. Żadnych operacji, żadnych przypadków wychodzących w najmniejszym stopniu poza klasyczne kryteria przeciętności, słowem - nic, co mogłoby uchronić go przed nieuchronną w takie dni nudą. A ten dzień dosłownie nią zionął, i dlatego też zdecydowanie nie był dobry. Daleko mu było co prawda do tych najgorszych, najokropniejszych, przepełnionych największym złem, jakie kiedykolwiek widział ten świat, i generalnie rzecz ujmując nienadających się do zniesienia, ale dobrym również nie można było go nazwać.
Jakby tego było mało, koło południa zaczęła odzywać się jego migrena, uparcie nawracająca w ostatnich miesiącach, których noce mężczyzna spędzał w dużej mierze w wojskowym laboratorium lub przy własnym biurku, zgarbiony nad notatkami, próbując w przyćmionym świetle starej, zakurzonej już nieco lampy po raz kolejny rozgryźć budowę komórek grzyba odpowiedzialnych za nagłe zmiany zachodzące w organzmie zarażonej ofiary. Ból jak zwykle zaczynał się dość niewinnie - pierwszy pojawił się znajomy ucisk w okolicach skroni i zatok, potem nieprzyjemne kłucie gdzieś za oczodołami. Edgar ścisnął palcami mostek nosa, zamykając oczy z ciężkim westchnieniem, by chwilę później odchylić się z powrotem na oparcie zużytego już mocno krzesła. Okulary, zdjęte, wylądowały obok cienkiej teczki pełnej dokumentów na stoliku należącym do czegoś, co kiedyś było dość przytulną szpitalną kafeterią, a dziś przypominało bardziej nadzwyczaj zaniedbaną szkolną stołówkę.
Wskazówki starego zegara wiszącego na ścianie naprzeciw wejścia -i wciąż jeszcze jakimś cudem działającego - dochodziły właśnie do pięć po czwartej, kiedy do pomieszczenia wmaszerował z uśmiechem godnym okładki jednej z tych modnych gazet wydawanych jeszcze piętnaście lat temu Jack Moore.
- Ciężki dzień? - zagaił, wślizgując się na miejsce naprzeciw Edgara. Ten obdarzył go zmęczonym spojrzeniem.
- Raczej bezczynny - odparł, przesuwając papiery w stronę drugiego lekarza. Założył okulary z powrotem i wstał. - Zajrzyj wieczorem do dwudziestki ósemki, rana zaczęła mu się babrać, a rano pojawiła się gorączka. Przemywane trzy razy dziennie, ale wolę żebyś miał na niego oko, nie chcę żeby wdało się zakażenie. Jeśli temperatura znowu skoczy, zleć pielęgniarkom zimną kąpiel.
- Pewnie - Jack skinął głową, nie odrywając wzroku od karty pacjenta. - Dam ci znać jeśli coś będzie się dziać. Do jutra.
Podmuch ciepłego wiatru uderzył go w twarzy, gdy Edgar pchnął drzwi wejściowe i zbiegł po prowadzących do nich niskich schodkach. Dopiero przy wyjściu z terenu szpitala przystanął na chwilę, podnosząc wzrok ku poprzecinanemu białymi obłokami niebu. Było przyjemnie ciepło i całkiem słonecznie, prawdopodobnie ostatnia szansa nacieszenia się tegoroczną dobrą pogodą. Czasami prawie żałował, że nie mieszkał dalej od miejsca pracy.
Zdążył pokonać już ponad dwie trzecie drogi do domu, gdy przekorny los postawił na jego drodze powód do kolejnego zwolnienia kroku, a ostatecznie nawet i przystanięcia. Młoda kobieta po drugiej stronie ulicy miała widoczne problemy z wygodnym i bezbolesnym stawianiem prawej nogi, choć wyraźnie szła w zaparte i starała się ów fakt ignorować. Plecak przerzucony przez ramię raczej jej w tym specjalnie nie pomagał.
Edgarowi nie trzeba było powtarzać dwa razy. Czerwona lampka z napisem "ranny, potrzebna pomoc" natychmiast zapaliła się w jego głowie i zanim zdążył pomyśleć dwa razy, już praktycznie zastępował kobiecie drogę.
- Maraton z reguły nie jest dobrym lekarstwem na zwichniętą kostkę - odezwał się. - To poważne schorzenie i jeżeli nie kieruje się pani do szpitala lub znajomego znachora, to pozwolę sobie stwierdzić, że wychodzenie w takim stanie było głupotą. A moje lekarskie sumienie nie pozwala mi zostawić tego nienastawionego.
<Jane? ;D>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz