niedziela, 26 lutego 2017

od Luciena - cd. Mallory

Lucien rzucił kątem oka na bandaż, który odbił się od blatu i spadł na podłogę. Uśmiechnął się delikatnie na widok frustracji kobiety. Która- na nieszczęście Howlanda- zauważyła jego rozbawienie. Oblicze Mallory jeszcze bardziej się zachmurzyło. Znów przemknęło mu przez myśl, jak bardzo różni się od osoby, która bez lęku stawiała czoła zarażonym. No i dzięki której nadal oddychał. Teraz ta sytuacja; posiłek, rozmowa o niczym, kanapa. To wszystko wydawało się nienaturalne. Jakby parodiowali normalne życie. To znaczy życie jeszcze sprzed epidemii, bez niekończących się ucieczek i ciągłego strachu. 
Oboje wbili wzrok w niedoszły opatrunek. Biała barwa odcinała się nienaturalnie od brudnego blatu i jeszcze gorszej podłogi. 
- Do czego ty mnie zmuszasz.- westchnął i podniósł się ciężko, sięgając po demoniczny materiał. Obszedł zapadniętą kanapę i usiadł na brzegu siedzenia po lewej stronie Mallory, która śledziła go uważnym spojrzeniem. Nieopatrznie przygniótł swoje dwa ostatnie papierosy, których porywacze cudem nie zauważyli. Wyciągnął rękę w jej stronę w znaczącym geście. Kobieta chwilę wahała się, po czym uniosła przysunęła nogę bliżej mężczyzny. Sprawnymi, doświadczonymi ruchami zawinął bandaż, konstruując naprędce spinkę z paska metalu z dekielka puszki. Uważał, żeby nie urazić rany, ale i tak raz po raz ciszę przerywało syknięcie.
- Dzięki.- powiedziała cicho kobieta, naciągając niżej nogawkę spodni. Podniósł wzrok, a jego twarz wykrzywił subtelny grymas. Zaskoczyło go, na jak bardzo zmęczoną wygląda Mallory. Chociaż woda zmyła trudy niedobrowolnej podróży, to nie mogła pozbyć się głębokich sińców pod oczami ani nieco przygaszonego spojrzenia migdałowych oczu.
Uderzył otwartymi dłońmi o uda i podniósł się z kanapy.
- Powoli trzeba by zbierać się do spania, nie?- zapytał, choć w jego głosie było nieco niepewności. Mallory też nie wyglądała na szczególnie zadowoloną, ale wstała ostrożnie i ruszyła powoli w kierunku schodów. Lucien rozejrzał się niepewnie dookoła. Wyobraził sobie zarażonych, snujących się jak cienie dookoła domu. Czyhających tylko na sposobność do wyjścia. Widział wyraźnie obraz samego siebie leżącego w pustym pokoju pośród ciemności, z szeroko otwartymi oczami. Tyle czasu na myślenie...
- Mallory.
Odwróciła się w jego stronę. Mężczyzna zdał sobie sprawę, że to, co chce powiedzieć jest dziecinne, ale mimo to brnął dalej. 
- Myślę, że będzie bezpieczniej, jeśli zniesiemy materace tutaj, na dół. 
- Chyba... chyba masz rację, tak będzie bezpieczniej.- Mallory uśmiechnęła się słabo. 
_____

Nie był pewien, ile minęło, nim Mallory zasnęła. Szacował, że jakieś dwie godziny przewracała się z boku na bok, jednak ostatecznie zmęczenie i potrzeba regeneracji okazały się silniejsze, nawet, jeżeli sen, w który zapadła był niespokojny i płytki. Najmniejszy szelest sprawiał, że mocniej zaciskała powieki. Lucien zdawał sobie sprawę, że znajduje się wówczas na granicy jawy, a innej rzeczywistości. 
Wobec tego się nie ruszał. 
W czasie, kiedy Mallory starała się wydobyć chociaż skrawek podłogi spod warstw śmieci i przedmiotów wątpliwego przeznaczenia, mężczyzna obszedł piętro w poszukiwaniu materacy bez sprężyn, które mogłyby zabić. Znalazł dwa zadowalającej jakości i zniósł je pojedynczo na parter. Kobieta niemal od razu wkopała się pod nieco stęchły koc i zamknęła oczy, chociaż Lucien wiedział, że nie może zasnąć. On sam bez przekonania usiadł dwa metry dalej, na swoim prowizorycznym posłaniu. Podkulił kolana i podparł na nich brodę. 
Był zmęczony. Najchętniej zamknąłby oczy, by już więcej ich nie otworzyć, ale nie potrafił. Jakkolwiek się starał, sen nie nadchodził. Zamiast niego, czuł tylko narastająca panika, stojąca mu gulą w gardle. I nudności. I natrętne myśli.
Poruszył się dopiero, gdy oddech kobiety zrytmizował się i pogłębił. Lucien wstał ostrożnie, jakby sen Mallory był spłoszonym ptakiem. Uważnie stawiając stopy, podszedł do jej materaca i kucnął przy nim. Miał pewność, że gdzieś tutaj widział wcześniej zapałki. Lustrując wzrokiem podłogę, natrafił na twarz swojej towarzyszki. W bardzo skromnym świetle, jakie przesączało się zabite okna, jej twarz wyglądała jak z porcelany. Usta miała lekko uchylone. Włosy, które rozsypały się na twardej piance w mlecznej poświacie wyglądały na kruczoczarne. 
Starając się robić jak najmniej hałasu, mężczyzna naciągnął jej na ramiona skopany wcześniej koc. Podniósł się i usadowił na parapecie, sięgając po przedostatniego papierosa. Po chwili namysłu nie zapalił go lecz wsunął do ust. Prawdopodobnie siedziałby całą noc wlepiając wzrok w przeciwległą ścianę i poddając mrocznym myślom, gdyby nie jasny, nieco zaspany głos.
- Lucien?


<Mallory? :v>

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz