Pot lał mi się po karku strumieniami. Rana na policzku okropnie piekła i emanowała bólem. To samo mogłam, rzec o swojej nodze na, którą nie chciałam zwracać uwagi, co szło mi coraz trudniej.
- Maraton z reguły nie jest dobrym lekarstwem na zwichniętą kostkę - odezwał się. - To poważne schorzenie i jeżeli nie kieruje się pani do szpitala lub znajomego znachora, to pozwolę sobie stwierdzić, że wychodzenie w takim stanie było głupotą. A moje lekarskie sumienie nie pozwala mi zostawić tego nienastawionego.
- Śmiem stwierdzić, że została już udzielona mi pomóc - zmałpowałam jego wypowiedź. Kto jeszcze tak mówi w tych czasach? I jeszcze słowo znachor. Druida tu tylko brakuje.
- Widać, że ten, który opatrywał twoją nogę, nie znał się na swym fachu - zlustrował mnie szybko spojrzeniem, a jego wzrok zatrzymał się na szramie na moim poliku.
- Tak nie znał się - przyznałam mu rację, poprawiając coraz bardziej ciążący mi plecak. - A teraz pan wybaczy, ale nie mam czasu do stracenia, bo długa droga przede mną - kiwnęłam głową i wyminęłam mężczyznę, który zmarnował mój czas. - Do widzenia doktorku.
Ciężar na plecach coraz bardziej mnie dobijał i na dodatek noga zaczęła emanować coraz mocniejszym bólem. Z rezygnacją siadłam na pobliskim krawężniku, ściągając obładowany plecak, z którego wyjęłam jedną z kilku manierek napełnionych świeżą wodą. Upiłam kilka łyków jeszcze zimnej cieczy. Miałam dość. Byłam wykończona. Nogi lekko mi się trzęsły, chociaż siedziałam na zimnym betonie. Na dodatek zaczęło się powoli ściemniać, a ja utknęłam w połowie drogi do mojego domu bez broni. Zaśmiałam się gorzko do siebie. Żołnierz, który nic nie umie zrobić. Czułam się jak mała dziewczynka. Zagubiona w wielkim i okrutnym świecie. Bez przyjaciół i rodziny. Zmuszona stawić czoła przeszkodą samodzielnie inaczej marny jej los. Taka byłam naprawdę. Głęboko w środku. Na zewnątrz utworzyłam powłokę silnej i niezależnej dziewczyny, która twardo stąpa po ziemi, ale taka nie byłam. Przetrwałam w tym świecie tylko dzięki myśli, że spotkam brata. Znowu go zobaczę i już nigdy go nie opuszczę.
Widziałam zamazane kształty. Różne Przedmioty zacierały się i wirowały. Policzek, na którym była rana strasznie piekł i bolał. Zamrugałam kilka razy chcąc przywrócić ostrość widzenia. Udało mi się to po jakimś czasie. Leżałam? Tak, spoczywałam na jakiejś kanapie. Rozejrzałam się po małym pomieszczeniu. Ciężkie zasłony ukrywały okna, nie dopuszczając do pomieszczenia światłą, które uparcie walczyły, aby się przedostać do środka. Kolor ścian był dość przytłaczający, nie do określenia. Niedaleko mnie stał mały stoliczek a na nim postawiona byłą nadpalona zgaszona świeca. Zauważyłam też ciemnej barwy drzwi, za którymi pewnie kryło się wyjście. Podniosłam się z posłania, na którym dotąd leżałam. Nie miałam butów na nogach, a prawa kostka była obandażowana i już nie bolała. Na policzku czułam opatrunek zrobiony z precyzją.
<Edgar? c;>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz