wtorek, 14 lutego 2017

od Luciena - cd. Mallory

Lucien uważnie przyglądał się rozgrywającej się przed nim scenę. Mężczyzna w kilcie wybałuszył oczy, zalśniły w nich łzy przerażenia. Howland zastanawiał się, czy też by tak wyglądał, gdyby drobna kobieta napadła go z nożyczkami w ręce i wymuszała bronią palną informacje.
- Pró- próbki- wyjąkał, nie spuszczając wzroku z pistoletu. Mówił z ledwo słyszalnym akcentem. Właściwie, dało się go wychwycić jedynie na samogłoskach. Mallory prychnęła zniecierpliwiona.
- Potrzebowaliśmy, oni potrzebowali królików do badań. Nad lekiem.
- Dla zarażonych? Zdrowych ludzi? Przecież to bez sensu.
Jones gwałtownie pokręcił głową. Ciemne loki poprzetykane srebrnymi lekami otoczyły jego głowę jak aureola. 
- Poddawano by was, to znaczy ich zarażeniu w kontrolowanych warunkach.- Głos naukowca ożywił się, a w spojrzeniu hebanowych oczu błysnęły iskierki niezdrowej ekscytacji kogoś, kto czerpie zbyt dużo przyjemności z cierpienia. Co gorsza, niekoniecznie własnego.- Dzięki temu można by dokładnie zaobserwować, jakie czynniki mają wpływ na rozwój grzyba w poszczególnych stadiach. 
Zagryzł wargi niemal do krwi i szepnął:
- To mógłby być przełom. 
Mięśnie na karku Mallory napięły się, jakby oczekiwała ciosu. 
- Gdzie jesteśmy? - spytała ostrym, zimnym tonem, pod którym Jones skulił się jeszcze bardziej. 
- Quebec. W K-Kanadzie.
Przez chwilę potrzebną na przetrawienie tej informacji panowała cisza, przerywana tylko nieco przytłumionymi krzykami. Jednak one dobiegały ze zbyt wielkiej odległości, by mieć znaczenie. Nagła wiązanka przekleństw wypluta przez Luciena zabrzmiała jak wystrzał. Mallory nie zaszczyciła mężczyznę nawet spojrzeniem, stale czujna. Za to William wpatrywał się w niego ze zdumieniem podszytym nerwowością. Tamten zagryzł wargę i odwrócił głowę w stronę okna. 
- Jak można się stąd wydostać?- zapytał wreszcie.- Gdzie znajdziemy jakieś pojazdy? Zapasy? Mapę? Cokolwiek, co by się przydało do przeżycia w tym piekle. 
Lekarz przyjrzał mu się podejrzliwie, jakby na chwilę zapominając o pistolecie przy skroni. Lucien widział, jak kalkuluje. W chwili, w której otworzył usta, doskonale wiedział, że to, co za chwilę usłyszą, będzie kłamstwem. Ale w tym momencie wydarzyło się kilka rzeczy naraz. Jones przechylił się gwałtownie najpierw do przodu potem do tyłu, kopiąc jakiś ciężki, podłużny przedmiot w stronę Mallory. Niemal machinalnie zerknęła w stronę potencjalnego niebezpieczeństwa. Trwało to moment, ale wystarczyło, by naukowiec skoczył do przodu i wyrwał kobiecie nożyczki, które ściskała w drugiej ręce. Tak uzbrojony, cofnął się i zanosząc okropnym śmiechem, wpadł na stojącą niepewnie półkę. Chybotliwy regał jęknął rozdzierająco i przewrócił się, cudem nie przygniatając Jonesa. Spróchniałe deski skrzypnęły i strzeliły złowróżbnie. 
Przez chwilę znów zaległa cisza. Nikt nie śmiał wziąć głębszego oddechu. Nagle podłoga nie wytrzymała i rozpadła się przy wtórze deszczu drzazg i okrzyków bardziej zaskoczenia niż strachu. Cała trójka spadała w dół, w ciemność. Lot nie trwał długo, ale za to upadek był bolesny. Wylądowali na twardej, udeptanej ziemi. Lucien był pod wrażeniem, że w ogóle jeszcze istnieją tak stare budynki. Dziura przez, którą wpadli była dostatecznie duża, by rozjaśnić krok choć trochę i pogrążyć podziemny świat w półmroku. 
Podnosili się z ziemi w podziemnym korytarzu o zimnych, łukowato sklepionych ścianach. Od kamienia, którym były wyłożone bił chłód. Po obu stronach znajdowały się ciężkie, metalowe drzwi niektóre wyglądały na niedawno otwierane, inne miały zardzewiałe zamki. Na lewo od nich korytarz skręcał, skutecznie uniemożliwiając dalszą percepcję. Po prawej ciągnął się prosto, w mrok. I niósł echo. Potwornego. Klikania. 
Do ich uszu dobiegło obrzydliwy odgłos kroków jeszcze zanim dostrzegli biegnącego w ich stronę zarażonego. Lucien poczuł, że miękną mu nogi. Spojrzał szybko na swoich towarzyszy. William zaczął się cofać, jęcząc nieskładnie. Mallory osłupiała z paniką w oczach. Jasnowłosy mężczyzna szybko rozważył za i przeciw, po czym podjął decyzję. Popchnął z całej siły Jonesa, którego głos przeszedł we wrzask, a sam złapał kobietę za nadgarstek i ruszył biegiem w przeciwnym kierunku. 


<Mallory? Trochu pojechałam C: >

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz