Kącik ust Mallory uniósł się delikatnie na wspomnienie dawnego życia. Mały dom, rodzice, bracia, Greg i dni, kiedy jedynym zmartwieniem było znalezienie dobrej kryjówki podczas zabawy w chowanego.
- To może się wydawać głupie. - Kobieta zrobiła drobną pauzę sprawdzając czy Lucien na pewno jest zainteresowany jej odpowiedzią.
- Przestań. Sam byłem dzieckiem, więc dobrze wiem jak naiwnie widzi się wtedy świat. Nie ma potrzeby się krępować - odpowiedział przeczesując ręką jasne włosy.
Mallory nawiązała kontakt wzrokowy z mężczyzną i poczuła się naprawdę dziwnie. Hamilton swoim spojrzeniem, zawsze wywierał na nią nacisk. Raz kazał milczeć, a raz się odezwać. Błękitne oczy Luciena niczego jednak nie sugerowały. Nie wywierały presji. Nie beształy. Pełne były za to wyrozumiałości, która momentalnie rozwiązała kobiecie język.
- Kiedyś jeden z braci powiedział mi, że ludzie potrafią znikać. Od tak sobie, bez większego powodu. Puf i już kogoś nie ma. Niestety mu uwierzyłam i przez jakiś czas chodziłam z czerwoną wstążką zawiązaną na ręce, a drugi jej koniec bez przerwy przyczepiałam do innych ludzi. No, wiesz bałam się, że oni wyparują i ja zostanę sama... Mógłbyś przestać się uśmiechać? To wcale nie jest zabawne. To jest po prost głupie. - Usta Mallory wygięły się delikatnie, a jej ręka cisnęła w Luciena pluszowym misiem leżącym na biurku.
- Ale ja wcale nie twierdzę, że jest. - Mężczyzna osłonił twarz przed zabawką i wbił wzrok w sufit. Mina gwałtownie mu spoważniała. - Tak jak strach przed własnym odbiciem w lustrze, które może cię do niego wciągnąć. I jak gołębie. Gołębie już szczególnie nie są śmieszne.
- Boisz się gołębi? - zapytała Mallory przygryzając wargę, żeby nie uśmiechnąć się od ucha do ucha.
- A ciebie nie przerażają te małe i pełne obłędu, oczy? Skąd możesz wiedzieć co knują w swoich nieobliczanych mózgach.
_____
Im dłużej ze sobą rozmawiali, tym obraz Luciena w głowie Mallory nabierał coraz wyraźniejszych kształtów. Z imienia i osoby na, której towarzystwo została poniekąd skazana, przeobraził się w postać z krwi i kości posiadającą jakąś przeszłość. Ostatecznie pytania przerwało ssanie w żołądku kobiety. Dopiero kiedy jej własny organ zaczął się domagać posiłku uświadomiła sobie, że nie pamięta kiedy po raz ostatni miała coś w ustach.
Mallory zsunęła się niezgrabnie z biurka. Jej wzrok przebiegł po umorusanej twarzy Luciena i zniszczonym ubraniu.
- Okazało się, że jakimś cudem jest tu bieżąca woda, więc możesz się umyć, a ja w tym czasie przygotuję coś do jedzenia. Pasuje? - zaproponowała bawiąc się rękawem.
Mężczyzna pokiwał twierdząco głową, wstał z łóżka i skierował się do łazienki z ciałem samobójcy.
- Lepiej idź do tamtej. - Mallory zagrodziła mu drogę, a następnie wskazała lekko uchylone drzwi po przeciwnej stronie korytarza.
- Dlaczego? - zapytał marszcząc delikatnie brwi.
- Bo pewnie nie masz ochoty kąpać się w towarzystwie trupa.
Mina Luciena jednoznacznie wskazywała, że nie zamierza się o to kłócić.
_____
Po chwili niezbyt intensywnych poszukiwać Mallory odkryła mały schowek pełen konserw, które powinny nadawać się jeszcze do spożycia. Korzystając ze srebrnego otwieracza uchyliła wieko puszki z fasolą, a następnie tej z brzoskwiniami. Ich zawartość wylała do czterech miseczek, które następnie zaniosła do salonu. Było to duże pomieszczenie pełne pustych dębowych regałów i rodzinnych fotografii wiszących na ścianach. W jego centrum stała maleńka sofa przykryta białym prześcieradłem, które Mallory zrzuciła jednym zdecydowanym ruchem. Niestety materiał zawinął się dziwacznie i dotknął rany kobiety. Nogę przeszył tępy ból, a głowa wystosowała zalecenie, że lepiej będzie jak założy w końcu opatrunek.
Kiedy Mallory wchodziła po schodach na górę, Lucien wciąż jeszcze brał kąpiel. Szum wody napawał ją teraz strachem. Nie usłyszeliby gdyby Klikacze podeszły pod dom. Byli zupełnie odsłonięci. Z wielkim trudem powstrzymała się jednak od zapukania do łazienki i poproszenia mężczyzny o wyłączenie wody. Chwila odpoczynku należała się im obojgu.
Mallory zabrała z komody alkohol oraz bandaże, które wcześniej tam zostawiła, po czym wygrzebała z pary swoich starych spodni, zdjęcie rodzeństwa. Było pomięte, naderwane i trochę poplamione, ale kobieta traktowała je jak najcenniejszy skarb. Włożyła fotografię do kieszeni, z myślą, że musi znaleźć lepszą kryjówkę, po czym zbiegła z powrotem po schodach.
_____
Mallory starała się właśnie uporać z krnąbrnym bandażem, który za nic nie chciał współpracować, kiedy Lucien pojawił się na dole i usiadł obok niej na kanapie. Miał na sobie nowe, czyste ubranie. Z pod granatowego swetra wystawał biały kołnierzyk koszuli, a ciemne spodnie zostały lekko podwinięte. Wilgotne włosy mimo usilnych prób mężczyzny okazały się równie nieznośne co bandaż Mallory.
- Ucztą bym tego nie nazwała, ale i tak jest lepiej niż zazwyczaj - powiedziała wręczając Lucienowi miskę z fasolą. - I udało mi się zorganizować deser - dorzuciła jeszcze i znów zaczęła męczyć się z nowym opatrunkiem, który cały czas wyślizgiwał jej się z rąk, bądź wykręcał jak dżdżownica.
- Dzięki - odparł Lucien i zaczął jeść. Ich ramiona delikatnie się stykały, a Mallory wychwyciła w powietrzu zapach, którego wcześniej nie było. Woń cynamonu, pomyślała.
- Słuchaj, nie wiem jak ty, ale ja chcę wrócić do Detroit. Mój brat tam został i muszę go koniecznie znaleźć. Nie będę też ukrywać, że wolałabym nie iść tam sama, bo... - Mallory wypuściła głośno powietrze dostrzegając jak głupio zapędziła się w kozi róg. - W ludziach zawsze coś zostaje z dzieci. No, rozumiesz o czy mówię, nie? - Spróbowała zasłonić się aluzją, ale nie wyszło jej to zbyt zgrabnie. - Kurde. - Mallory rzuciła bandażem o stół i przejechała dłonią po skroni. Miała już dość tego, że materiał wciąż nie chciał się jej słuchać. - O co w tym wszystkim chodzi? - szepnęła jakby sama do siebie.
<Lucien? Nie ma problemu z zarażonymi, ale bandaże to już wyższa szkoła jazdy.>

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz