Przyszli w nocy. Ich miękkie kroki mieszały się z odgłosami szczurzych harców i podmuchów zimnego wiatru napierającego na zatłuszczone szyby. Od czasu do czasu rozlegał się tylko nieco wyraźniejszy krzyk, bądź dźwięk łamanego drewna. Jednak Mallory zupełnie na to nie reagowała. Zwinięta w kłębek pod stertą szorstkich koców starała się uporać z bólem rozsadzającym jej głowę od środka. Był to efekt działania dziwnie wyglądającego syropu zakupionego kilka dni temu przez Hamiltona. Miał rzekomo rozwiązać problemy Mallory ze snem, ale jedynie sprawił, że przez ponad godzinę leżała z szeroko otartymi oczami skręcając się z bólu.
Nagle drzwi mieszkania delikatnie zaskrzypiały i czyjeś kroki zbliżyły się do posłania kobiety. W powietrzu dało się wyczuć woń starych ryb zmieszanych z odorem gnijącego mięsa. To nie mógł być Hamilton.
Mallory w ostatnim momencie zdążyła zsunąć się z łóżka, nim zamaskowany mężczyzna uderzył pałką w poduszkę.
- O kurwa... - parsknął intruz i jeszcze raz zamachnął się na kobietę, która tym razem zamroczona bólem nie uchyliła się na czas. Mallory z hukiem uderzyła o podłogę, a żołądek podjechał jej do gardła.
- No chodź tu... Chodź suko... - mężczyzna chwycił swoją ofiarę za ubranie, podniósł, po czym przygwoździł do ściany.
- Co ty wyrabiasz? - syknął ktoś stojący w drzwiach. - Nie mamy czasu.
- Pieprz się Simon - odparł oprawca Mallory i jakby od niechcenia rzucił nią z powrotem o podłogę.
Wciągu kolejnych godzin jazdy cuchnącą ciężarówką, kobieta budziła się, wymiotowała, po czym znów zapadała w dziwny rodzaj snu, pełen bólu i chorych myśli. Kiedy w końcu wewnątrz jej głowy ktoś łaskawie przestał szaleć, a żołądek zrozumiał, że czas najwyższy się uspokoić, Mallory usiadła prosto i oparła się o ścianę ciężarówki. Przejeżdżając wzrokiem po twarzach pozostałych pasażerów rozpoznała w nich mieszkańców jednego z budynków w Strefie kwarantanny w Detroit w którym sama została pobita, a następnie wytargana i wsadzona siłą do długiej przyczepy.
- Gdzie jedziemy? - zapytał niespodziewanie ktoś siedzący obok Mallory. Był nim drobnej budowy mężczyzna o bladej cerze i jasnych, zmierzwionych włosach. Z rozciętej wargi puściła mu się stróżka świeżej krwi.
- Nie wiem - odparła rzeczowo, zaciskając zęby. Do końca trwania podróży nie odezwali się już do siebie nawet słowem. Obolałą głowę Mallory zaprzątała bowiem tylko jedna brzęcząca i natrętna jak owady myśl:
Gdzie się podział Hamilton?
Nagle drzwi mieszkania delikatnie zaskrzypiały i czyjeś kroki zbliżyły się do posłania kobiety. W powietrzu dało się wyczuć woń starych ryb zmieszanych z odorem gnijącego mięsa. To nie mógł być Hamilton.
Mallory w ostatnim momencie zdążyła zsunąć się z łóżka, nim zamaskowany mężczyzna uderzył pałką w poduszkę.
- O kurwa... - parsknął intruz i jeszcze raz zamachnął się na kobietę, która tym razem zamroczona bólem nie uchyliła się na czas. Mallory z hukiem uderzyła o podłogę, a żołądek podjechał jej do gardła.
- No chodź tu... Chodź suko... - mężczyzna chwycił swoją ofiarę za ubranie, podniósł, po czym przygwoździł do ściany.
- Co ty wyrabiasz? - syknął ktoś stojący w drzwiach. - Nie mamy czasu.
- Pieprz się Simon - odparł oprawca Mallory i jakby od niechcenia rzucił nią z powrotem o podłogę.
_____
- Gdzie jedziemy? - zapytał niespodziewanie ktoś siedzący obok Mallory. Był nim drobnej budowy mężczyzna o bladej cerze i jasnych, zmierzwionych włosach. Z rozciętej wargi puściła mu się stróżka świeżej krwi.
- Nie wiem - odparła rzeczowo, zaciskając zęby. Do końca trwania podróży nie odezwali się już do siebie nawet słowem. Obolałą głowę Mallory zaprzątała bowiem tylko jedna brzęcząca i natrętna jak owady myśl:
Gdzie się podział Hamilton?
_____
Grupa zamaskowanych ludzi wywlokła pasażerów ciężarówki na mały plac i wcisnęła każdemu na głowę płócienny worek.
Mallory starała się jakoś wyrwać, uciec od swoich oprawców, znaleźć brata.
Mallory starała się jakoś wyrwać, uciec od swoich oprawców, znaleźć brata.
- Hej! Hej! Przestań wierzgać! - zachichotał mężczyzna przytrzymujący kobietę.
Niespodziewanie w oddali rozległy się strzały, wybuchy, a następnie przeszywające powietrze krzyki.
- Ja pierdole... Zostaw ich! Kurwa, zostaw i zwiewaj! Wyłażą z piwnicy! - rozpoczęło się jakieś dziwne zamieszanie, a ktoś w końcu puścił Mallory.
Kobieta uniosła do góry skrępowane grubym sznurem ręce i zdjęła sobie worek z głowy. Znajdowała się na terenie jakiegoś rozległego kampusu otoczonego prowizorycznym murem. Dopiero jednak, po chwili Mallory zobaczyła co spowodowało taką niespodziewaną ucieczkę oprawców. Olbrzymia grupa zarażonych wylewała się z jednego z budynków po lewej.
<Lucien? Lubię ciężkie sytuacje. c: >
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz