Kiedy rozległy wybuchł chaos, a ręka zniknęła z ramienia, Lucien usłyszał w głowie cichy głosik. Biegnij, szepnął. Mężczyzna gwałtownym ruchem zdarł worek z głowy i zdezorientowanym wzrokiem spróbował ogarnąć piekło, w którym się znalazł.
Pierwszym, co zobaczył było niebo koloru rdzy. Kolejnym- zbliżenie na kamizelkę ochronną wrzeszczącej kobiety, która najwidoczniej uznała Luciena za najłatwiejszą drogę ucieczki. Przed czym? Mieszanina ludzi taranujących się nawzajem skutecznie uniemożliwiała weryfikację podejrzeń. Znajdowali się na terenie czegoś, co kiedyś mogło być uniwersytetem. Trawnik dawno zmienił się w wydeptaną ziemię, a prowizoryczny mur wyglądał, jakby zaraz miał się zawalić. Odrapane ściany leciwego budynku w niektórych miejscach pokrywały plamy czerwonej farby. Nie, nie farby. Krwi.
Żołądek mężczyzny wykonał gwałtowny piruet, gdy dostrzegł wreszcie przyczynę paniki. Spod budynku niczym szczury wydostawali się zarażeni. W pierwszej chwili wydawali się oszołomieni, jakby natłok ludzi sprawiał, że nie potrafili zdecydować, na co się rzucić. Nagle przeszli do ataku. W powietrze uniosły się rozdzierające krzyki. Instynkt Luciena podjął decyzję za niego, nogi same rzuciły się do biegu.
Skrępowane nadgarstki paliły i utrudniały ucieczkę. Nie oglądał się za siebie, zresztą nie było, na co- pozostali pasażerowie rozpierzchli się we wszystkich kierunkach, kierowała nimi jedna, prosta myśl- przeżyć. Ci, którzy nie byli wystarczająco szybcy, stawali się ofiarą Biegaczy. I dobrze, przemknęło mu przez myśl, może kupią trochę czasu.
Wpadł to opuszczonego budynku i szybko rozejrzał po pomieszczeniu w poszukiwaniu czegokolwiek, co nadawałoby się do zastawienia podwójnych drzwi. Znalazł się w kamienicy mieszkalnej, w dodatku zajmowanej przez kogoś do niedawna. Zabite deskami okna przepuszczały bardzo niewiele światła, ale rozpoznał część przedmiotów codziennego użytku; rozpadające się resztki łóżka, lodówki i kanapy. Na podłodze rozłożono prymitywne posłanie złożone głównie ze zwiniętych szmat, których oryginalnego przeznaczenia Lucien wolał nie dochodzić. Przy przeciwległej ścianie stała ogromnych rozmiarów szafa w zadziwiająco dobrym stanie.
Nagle rozległ się huk. Lucien odskoczył od wejścia w momencie, w którym odrzwia otworzyły się tak gwałtownie, że pozostawiły w ścianie głębokie wgniecenia. Do środka wparowała niska kobieta. Rozbieganym wzrokiem omiotła pomieszczenie. Zatrzymała się na Howlandzie, który zaciskał dłonie na metalowej pozostałości czegoś, co kiedyś prawdopodobnie było ramą łóżka.
Iskra porozumienia przeskoczyła między ich spojrzeniami. Oboje podbiegli do ciężkiego mebla . Drewniane nogi skrzypnęły przeraźliwie, gdy zapierając się stopami o ścianę, wspólnymi siłami próbowali przesunąć element wyposażenia. Z agonalnym jękiem, szafa przewróciła się na bok, tarasując wejście.
- Zawsze mogą wejść drugą stroną.- Mruknął Lucien, przyglądając się krytycznie barykadzie.
- A takowa istnieje?- Kobieta uważnie rozejrzała się po pomieszczeniu. Jej wzrok padł na ciemną dziurę, prowadzącą w głąb korytarza. Czerwone promienie lizały tylko zimny beton, nie rozganiając mroku. Dopiero teraz Lucien zorientował się, że gdzieś już słyszał ten głos. Jego czoło wygładziło się, gdy rozpoznał w kobiecie tę, którą spytał o cel podróży ciężarówką. Nieznajoma wyciągnęła ku niemu ciasno spętane ręce i spojrzała wyczekująco. Howland zmrużył nieufnie oczy, kalkulując ryzyko. Teoretycznie, pozbawienie go życia, nic by jej nie dało, a jednak nie mógł wyzbyć się wątpliwości.
Kobieta westchnęła niecierpliwie.
- Trzeba sprawdzić, czy nic nie czai się w reszcie budynku i czy są tu jakieś inne drzwi. Tędy się raczej nie wydostaniemy, a stanie tutaj w niczym nie pomoże. Zresztą- jej wzrok prześlizgnął się po zabitych oknach- we dwoje będziemy mieć większe szanse na przeżycie.
Howland przytaknął z czymś na kształt niechęci i podszedł do nieznajomej. Sznury puściły, ukazując zsiniałe nadgarstki. Uwolniona, niemal bezwiednie potarła jeden z nich dłonią, po czym sięgnęła do liny, krępującej ręce mężczyzny.
- Tak w ogóle, to jestem Lucien.
Podniosła na niego zaciekawione spojrzenie zielonych oczu, a kąciki jej ust niemal zadrgały. Chciała coś powiedzieć, ale wtem z głębi dobiegło głośne szuranie.
<Mallory? :V>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz