Kiedy z głębi ciemnego korytarza wysunęła się zdeformowana sylwetka Klikacza, Mallory odnosiła dziwaczne wrażenie jakby jej ciało nagle gdzieś zniknęło, pozostawiając po sobie jedynie unoszącą się w przestrzeni świadomość i gałki oczne. Zdarzyło się bowiem to czego bała się najbardziej. Była w ciemnym, wilgotnym podziemnym pomieszczeniu, a otwierający się przed nią korytarz przypominający gardziel potwora, wypluwał zdeformowane ciała pochłonięte tylko jedną myślą. Jeść.
Gdyby ktoś nie chwycił Mallory za nadgarstek i pociągnąwszy ją za sobą nie zmusił do biegu, pewnie nigdy już by sobie nie przypomniała, że ma ręce, a tym bardziej nogi. Lucien zachował zimną krew.
Pędzili długim i wąskim korytarzem zostawiając za sobą wycie pełne najprawdziwszego bólu. Klikanie jednak nie cichło, a wręcz przeciwnie. Z każdą chwilą narastało jak brzęczenie muchy, która obniża lot by usiąść na pokrytym potem, ciele.
Skręcili gwałtownie w prawo i niespodziewanie wyrosły przed nimi wysokie betonowe schody zakończone szeroko otwartymi drzwiami. Ktoś jednak zablokował przejście dębowymi meblami i Lucien musiał się dużo napracować, żeby odepchnąć regał z książkami blokujący większość miejsca.
Mężczyzna zwinnie wskoczył na masywne biurko i wyciągną rękę by pomóc Mallory. Nagle za jej plecami odezwał się dziki ryk. Stojąc już jedną nogą na meblu, kobieta wykręciła się do tyłu i oddała dwa strzały w nadbiegającego zarażonego. Tylko jedna z kul dosięgnęła celu.
- Prze... - zaczął Lucien, ale nie zdążył dokończyć, bo Biegacz chwycił go za ubranie, po czym zrzucił z biurka. Mężczyzna upadł z głośnym hukiem na drewnianą podłogę pomieszczenia, które pełniło pewnie kiedyś funkcję gabinetu. Ze ścian patrzyło osiem par inteligentnych oczu, raczących intruzów mieszanką pogardy i wstrętu.
Zarażony pochylił się nad Lucienem, który nie zdążył się jeszcze całkowicie pozbierać.
Nieznanego pochodzenia ból przeszył kostkę Mallory, ale nie miała czasu się tym przejmować. Skoczyła Biegaczowi na plecy obejmując go rękami tuż pod szyją, tak żeby jego zęby nie dosięgnęły skóry. Zarażony wierzgał i młócił rękami, ale kobieta miażdżyła mu już tchawicę. W końcu ciało przeciwnika zaczęło odpuszczać, aż zupełnie osunęło się na ziemię.
Mallory pomogła wstać przerażonemu Lucienowi i wybiegli z pomieszczenia, kiedy nowi zarażeni zaczęli przechodzić już przez dębowe biurko.
Mężczyzna zwinnie wskoczył na masywne biurko i wyciągną rękę by pomóc Mallory. Nagle za jej plecami odezwał się dziki ryk. Stojąc już jedną nogą na meblu, kobieta wykręciła się do tyłu i oddała dwa strzały w nadbiegającego zarażonego. Tylko jedna z kul dosięgnęła celu.
- Prze... - zaczął Lucien, ale nie zdążył dokończyć, bo Biegacz chwycił go za ubranie, po czym zrzucił z biurka. Mężczyzna upadł z głośnym hukiem na drewnianą podłogę pomieszczenia, które pełniło pewnie kiedyś funkcję gabinetu. Ze ścian patrzyło osiem par inteligentnych oczu, raczących intruzów mieszanką pogardy i wstrętu.
Zarażony pochylił się nad Lucienem, który nie zdążył się jeszcze całkowicie pozbierać.
Nieznanego pochodzenia ból przeszył kostkę Mallory, ale nie miała czasu się tym przejmować. Skoczyła Biegaczowi na plecy obejmując go rękami tuż pod szyją, tak żeby jego zęby nie dosięgnęły skóry. Zarażony wierzgał i młócił rękami, ale kobieta miażdżyła mu już tchawicę. W końcu ciało przeciwnika zaczęło odpuszczać, aż zupełnie osunęło się na ziemię.
Mallory pomogła wstać przerażonemu Lucienowi i wybiegli z pomieszczenia, kiedy nowi zarażeni zaczęli przechodzić już przez dębowe biurko.
_____
Po długiej i wyczerpującej ucieczce trafili do małego pokoju stanowiącego kiedyś królestwo miejscowych sprzątaczek. Pełno było tu różnego rodzaju mopów, mioteł oraz szufelek, a półki uginały się pod ciężarem środków czystości. Brudne okno wychodziło na potężny las. Mallory i Lucien upewniwszy się, że żaden zarażony ich nie widzi, zamknęli drzwi pomieszczenia i podstawili klamkę metalowym krzesłem.
Oboje padali już z nóg.
Kobieta ciężko dysząc oparła się o ścianę. Czuła jak adrenalina powoli przestaje skwierczeć w żyłach, a serce powraca do właściwego rytmu.
- Nie ruszaj się - powiedział niespodziewanie Lucien, a Mallory spojrzała na niego zdziwiona. Trzymał kurczowo w ręce fragment nożyczek wycelowany prosto w nią. Ale dlaczego? Dlaczego na twarzy mężczyzny malowało się przerażenie? Dlaczego... I nagle zdała sobie sprawę, że tak wyglądają ludzie patrzący na kogoś kto został właśnie zainfekowany. Skazany na śmierć. Ale Mallory nic nie ugryzło. Była czysta jak łza. Chciała mu coś powiedzieć, rzucić, że nie powinien się tak zachowywać, jednak poczuła wówczas dziwne ciepło w okolicach kostki. Odwróciła się i zobaczyła, że cały but oraz nogawka przesiąkły krwią. To się pewnie stało gdy była na biurku. Coś ją zabolało, ale wówczas nie myślała dlaczego. Schyliła się gwałtownie i zaczęła odsuwać mokry materiał. Musiał to zobaczyć. Musiał pomyśleć o tym, że zarażony ją ugryzł. Mallory poczuła jak nowa fala potu spływa po rozpalonym karku.
Kiedy zamiast odciśniętych w skórze zębów zobaczyła trzy długie szramy po paznokciach zarażonego, kobieta z głośnym świstem wypuściła powietrze.
- Będę żyć - parsknęła i usiadła na ziemi.
Lucien pokiwał głową, po czym przykucną na metalowym taborecie. Siedzieli długo w milczeniu. On pochłonięty własnymi myślami wbijał czujny wzrok w okno. Ona robiła prowizoryczny bandaż ze ścierek, które znalazła na półce.
Nagle za drzwiami rozległy się kroki i pojękiwanie.
Mallory dała Lucienowi znak, żeby zachowywał się cicho, po czym oboje bardzo ostrożnie wstali. Kobieta skrzywiła się nieznacznie, kiedy adrenalina dopuściła w końcu nerwy do głosu i jej nogę przeszył tępy ból. Bardzo delikatnie otworzyła okno, rozejrzała się czy nikogo nie ma w okolicy, po czym weszła na parapet. Wówczas ktoś zaczął szarpać za klamkę i Lucien, który wciąż jeszcze był w pokoju, dosłownie wypchnął Mallory na zewnątrz.
- Kurwa... - syknęła przez zagryzione wargi kuląc się z bólu. - Pojebało cię... - skomentowała chwilę później fakt, że mężczyzna prawie na niej wylądował.
- Przepraszam - rzucił niedbale i pomógł kobiecie wstać.
Choć Lucien dosłownie ciągną Mallory w kierunku lasu, ona odwróciła się i zasunęła delikatnie okiennicę.
Zobaczyła jeszcze tylko przewrócone krzesło oraz lekko uchylone drzwi. Czyjaś brudna ręka zatopiła paznokcie w framudze.
- Nie zatrzymuj się - szepnęła do mężczyzny i oboje ruszyli biegiem zostawiając za sobą ponure budynki.
_____
Jak długo szli? O tym Mallory nie miała bladego pojęcia. Wiedziała tylko, że zraniona noga bolała coraz bardziej, a poobijane ciało odmawiało posłuszeństwa. Żeby odpocząć musieli jednak najpierw znaleźć jakiś dach nad głową, bo zbierało się na deszcz.
W końcu los się jednak do nich uśmiechną, bo na polanie przed Lucienem i Mallory wyrósł ogromny biały dom pokryty w niektórych miejscach bluszczem. Wszystkie okna pozabijano deskami, a główne drzwi wyglądały na naprawdę solidne.
- Zatrzymamy się tutaj? - zapytał Lucien, ale nie oczekiwał na odpowiedz, bo oboje dobrze wiedzieli, że nie mają zbyt dużego wyboru.
Kobieta pierwsza weszła na mały ganek trzymając broń w pogotowiu i spróbowała otworzyć drzwi. Zamek od razu puścił, po czym Mallory najzgrabniej jak tylko w tamtym momencie potrafiła, wślizgnęła się do środka. Zrobiła dokładny obchód wszystkich pokoi pełnych mebli poprzykrywanych białymi prześcieradłami i odkryła, że poza rozkładającym się w jednej z łazienek ciele samobójcy, dom był pusty. Mallory wróciła na ganek i dała Lucienowi znak, że może wejść. Oboje zablokowali główne drzwi potężną komodą, a następnie oderwali deski z jednego okna na piętrze, by stworzyć sobie ewentualną drogę ucieczki.
- Rozejrzyjmy się po domu - powiedziała Mallory i skierowała kroki na pierwsze piętro. W łazience (tej bez trupa) znalazła bandaże oraz butelkę alkoholu, po czym przypadkowo trąciła jeden z kranów i z przyjemnym szumem do umywalki zaczęła lać się woda. Kobieta osłupiała na moment. Bieżąca woda. Bieżąca woda tutaj w Kanadzie! Nie potrafiąc się powstrzymać zamknęła drzwi łazienki na klucz, zrzuciła ubranie i weszła pod brudny prysznic. Zimna jak lód woda zadawała jej ból, ale ulga związana ze zmyciem z siebie całego potu, krwi i kurzu rekompensowała to w całości. W końcu zakręciła wodę, owinęła się jednym ze szlafroków, po czym wyszła z łazienki. Skierowała się do sypialni należącej kiedyś zapewne do nastolatki. Ściany pełene były plakatów z filmów dla młodzieży, wszędzie walały się lakiery do paznokci, a szafa pękała w szwach od ubrań. Mallory udało się wygrzebać z niej granatowy obcisły golf, parę rurek oraz nową bieliznę i skarpetki. Niektóre rzeczy okazały się na kobietę trochę za duże, ale nie przeszkadzało jej to zbytnio. Podwinęła nogawkę spodni by nie urażać jeszcze nie zabandażowanej ponownie rany.
Już w nowym stroju przejrzała się w lustrze i przez ułamek sekundy zdawało się Mallory, że patrzy na dawną siebie. Tą śliczną dziewczynkę dorastającą w szczęśliwej rodzinie. Wrażenie to jednak szybko minęło i znów była zniszczoną wspomnieniami kobietą.
Już w nowym stroju przejrzała się w lustrze i przez ułamek sekundy zdawało się Mallory, że patrzy na dawną siebie. Tą śliczną dziewczynkę dorastającą w szczęśliwej rodzinie. Wrażenie to jednak szybko minęło i znów była zniszczoną wspomnieniami kobietą.
Westchnęła cicho, po czym odwracając się zobaczyła leżącą na ziemi sukienkę. Podniosła ją delikatnie i patrząc znowu w lustro przyłożyła do siebie. Kiedyś bardzo lubiła chodzić w takich rzeczach.
Nagle do pokoju zajrzał Lucien.
<Lucien? Teraz mogą pogadać. c: >

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz