wtorek, 28 lutego 2017

od Carlos'a - cd. Chanyeol'a

- I co, trzeba się było tak rzucać? - Chłopak obrzucił mnie zabójczym spojrzeniem, zazgrzytał nerwowo zębami jakby chciał wyskoczyć i ugryźć mnie w nos.
- Wypuść mnie - prychnął szarpiąc się jak ryba wyjęta z wody, matko, jaki on był niecierpliwy.
- Drzwi są otwarte, biegacze na pewno chętnie dotrzymają ci towarzystwa. Ale najpierw moje naboje.
Czerwonowłosy szarpnął się na bok niczym poparzony. 
- Mój plecak został w wozie - oznajmił po przeczesaniu wzrokiem pokoju. Cmoknąłem niezadowolony z faktu że muszę się ruszać na podjazd. Wychyliłem się na dwór z niesmakiem witając wspomnienie deszczowego poranka, jednak tym razem pogoda zechciała być mi przychylna. Na dworze powoli zapadał zmrok, gdzieś w kącie posesji wyłapałem masywną sylwetkę jednego z psów. Otworzyłem drzwi auta sięgając po plecak który wślizgnął się pod siedzenie. Zdążyłem złapać go za ramiączko i wyciągnąć do góry gdy poczułem jak ogromny ciężar spada na moje plecy, zimne ręce zacisnęły się na mojej szyi pozbawiając mnie tchu. Udało mi się złapać chłopaka za ręce i przygnieść plecami do przednich siedzeń ze sporą siłą, wbił paznokcie w moje ramię kopiąc mnie w żebra. Złapałem go za włosy po szarpiąc nim do tyłu uderzyłem tyłem jego głowy w szybę, próbował sięgnąć mi do oczu więc w przypływie nagłego strachu uderzyłem go w głowę po raz kolejny. Łapczywie zaciągnąłem się powietrzem po czym zakaszlałem. Cały się trząsłem od przypływu adrenaliny, oszczędziłem mu życie przez co mogli przy sposobności załatwić nas obu a ten skurwiel już po raz który próbuje wkopać mnie pod tą pieprzoną warstwę gruzu która jeszcze kiedyś była ziemią. Przez chwilę przez głowę przebiegła mi przez głowę myśl "A co gdyby tak go teraz zastrzelić?" sprawiał mi same problemy i nie był do niczego potrzebny, ot co powinienem zrobić z takim delikwentem. Jednak ja wpatrywałem się w jego zbladłą twarz opartą o siedzenie kontrastującą z włosami koloru wyblakłej czerwieni spływającymi po nim niczym krwista fala. Ale to jest to czego potrzebuję żeby się nie wypalić- niebezpieczeństwa. Więc wyciągnąłem go za nogi z samochodu po czym ułożyłem go w sypialni uprzednio jednak decydując się go znów związać. Zebrałem naboje które mi się należały zasiadając obok chłopaka by załadować je do magazynków, wsłuchiwałem się w jego nieregularny oddech chwilami mając wrażenie że nie oddycha podrywałem się z miejsca by to sprawdzić. Gdy już byłem na nogach usłyszałem ujadanie psów, przekonany że to zarażony zechciał mnie odwiedzić złapałem pierwszą, lepszą broń jaką udało mi się znaleźć po czym otworzyłem okno układając się w pozycji do strzału, ku mojemu zdziwieniu jedynym co ujrzałem był drugi wóz z którego wychyliła się jedna zgrabna noga, następnie druga by w końcu ruda czupryna zajaśniała wśród zapadającej ciemności.
- Przybywam w pokoju - prychnęła nawiązując ze mną kontakt wzrokowy, z lekkim uśmiechem schowałem spluwę za pasek otwierając przed nią ciężką, metalową bramę.
- Nie przypominam sobie żebyś miała samochód - mruknąłem przyglądając się jak dziewczyna dźwiga do góry kupę złomu.
- Miałam zamiar zabrać się z tobą i tu przekimać, no wiesz. - Uniosła do góry jedną brew napotykając mój pytający wzrok. - Ale nie przyszedł Mahomet do góry, przyszła góra do Mahometa. A a propos gór, może zrobimy skok na ten stary magazyn z bronią, widziałam ten błysk w twoich ślepiach kiedy nam o nim powiedzieli - zaśmiała się w bardzo subtelny sposób zmuszając mnie do przejęcia od niej ekspresu i wprowadzenia jej do mojego domu. - Potraktuj to jako zapłatę za to cudeńko, wszystko co zgarniemy będzie twoje - mruknęła już jakby mniej obecna rozglądając się po domu, komentowała coś o braku kobiecej ręki i "męskich norach", przestałem słuchać zajmując się robotą. Nawet nie zauważyłem jak zniknęła z zasięgu mojego wzroku, zorientowałem się dopiero kiedy usłyszałem jak soczyście przeklęła budząc ze snu jednego z owczarków leżącego pod moimi nogami. Również ja poderwałem się z miejsca wpadając na nią na korytarzu, dziewczyna szarpnęła moją koszulę ze sporą siłą, przeszyła mnie wzrokiem pełnym jadu. - Co to ma być, do cholery?! - Nie słysząc odpowiedzi warknęła odpychając mnie na bok, ku mojemu zdziwieniu wcale nie udała się w stronę drzwi a wskoczyła do "warsztatu" z prędkością światła, po domu rozległ się niepokojący brzdęk gdy ta wysunęła się z powrotem ze sporej wielkości metalowym prętem w dłoni.
- Żartujesz sobie?! Odłóż to. Teraz.
- Nie widzi mi się żeby cię rozstrzelali, już wysłali za nim list gończy. - Rudowłosa przerzucała pręt z ręki do ręki zabijając mnie wzrokiem.
- Wystarczy że nie dowiedzą się do jutra, potem już nikt mi nic nie udowodni. - Złapałem koniec pręta pewnym ruchem wyrywając go jej z rąk.
- Jaki masz w tym cel?
- Skłamię jeśli powiem że nie mam żadnego ale póki co nie zawracaj sobie tym główki. -Odwróciłem głowę do tyłu przez otwarte drzwi przyglądając się czerwonowłosemu, miałem nadzieję że jednak nadal był nieprzytomny i nieświadomy próby zamachu na jego życie.
- Jesteś okropny - rzuciła odwracając się na pięcie, trzasnęła drzwiami i tyle ją widziałem. Będę musiał to naprawić, ale jutro. Jestem pewien że nie będzie się gniewać widząc te kilka magazynków naboi do jej dyspozycji.
Pokonałem drogę do sypialni, zauważyłem jak ciało chłopaka drga nagle na odgłos moich kroków, zawisłem nad nim obserwując jak zaciska powieki modląc się abym nie zauważył. Przykucnąłem przy łóżku by w moim mniemaniu sprawiać wrażenie mniejszego zagrożenia.
- Jesteś głodny? - To było głupie pytanie, Cal, wszyscy tutaj są zawsze głodni. - Jasne, że jesteś. -Więc nie czekając na odpowiedź udałem się do kuchni po czym wróciłem z jajkami sadzonymi, chlebem który jakimś cudem jeszcze nie był czerstwy i herbatą. Zastałem chłopaka leżącego na podłodze, objął mnie wzrokiem po czym przeturlał się jak najdalej od moich stóp prawie uderzając w nogę łóżka. Mimo jego sprzeciwów podniosłem go do siadu i rozluźniłem więzy na jego rękach na tyle by mógł samodzielnie jeść.
- A specjalny składnik to cyjanek, zgadłem? - mruknął smętnie spoglądając to na talerz, to na mnie.
- Jesteś jedynym tutaj który próbuje kogoś zabić - westchnąłem podpierając głowę na dłoni. -Wyluzuj, jutro wrócisz sobie do miasta i będziesz miał takich jak ja na ogonie każdego dnia.
- Co chcesz przez to powiedzieć? - Chłopak spojrzał na mnie badawczo, dopiero zorientowałem się że nie powinienem mu jeszcze mówić o sytuacji na zewnątrz. Założyłem ręce za głowę, niby niedbale. - W twoim fachu to chyba normalka.
Czerwonowłosy wzruszył niedbale ramionami. 
- Jak cię wołają?
- Cal - mruknąłem dość zadowolony z obrotu sytuacji, w końcu nie próbował wydłubać mi oczu. - A tobie jak na imię? 
- Chanyeol - odparł upijając łyk herbaty, uśmiechnąłem się widząc jak przygryza poparzony język.
- Chan - mruknąłem pod nosem, nawet nie do końca świadomy że wypowiedziałem to na głos.
- Nie skracaj tego - prychnął unosząc wzrok sponad kubka. Przez chwilę wpatrywałem się w jego oczy które zabłysnęły jakąś nieznaną mi dzikością. I nagle zostałem perfidnie opluty gorącą herbatą.
Chłopak prychnął śmiechem obnażając swoje równe, jasne zęby. Wziąłem głęboki oddech próbując namówić się do odpuszczenia mu ale miarka się przebrała. Pchnąłem do tyłu wytrącając mu kubek z rąk i również go oblewając, naczynie trzasnęło o podłogę w czasie kiedy szybkim ruchem przygwoździłem jego ręce do podłogi. Zatopiłem się w jego ustach czując smak gorzkiej herbaty, jego wargi powoli się poruszyły, poczułem przypływ ciepła rozchodzący się po całym ciele, chłopak delikatnie złapał zębami moją wargę, mruknąłem mu w usta. Jednak przeliczyłem się i to mocno, gdyż zamiast ją puścić wbił w nią zęby, odskoczyłem do tyłu czując w ustach metaliczny smak krwi.
- Mój błąd, mogłem się spodziewać - mruknąłem wycierając usta ręką.


<Chanyeol? >

poniedziałek, 27 lutego 2017

od Chanyeol'a - cd. Carlos'a

Nieprzerwanie mruczałem coś pod nosem, mierząc ciemnowłosego wzrokiem. Już wolę siedzieć w jakiejś dziurze niż oddać się za wolność, co samo w sobie brzmi absurdalnie
- Nie ma czegoś innego co byś chciał w zamian za wypuszczenie mnie? - spytałem po chwili, przerywającą wisząca w powietrzu ciszę. 
- Nie licząc skradzionej broni, nie masz nic więcej do zaproponowania, jakbyś nie zauważył - stwierdził, patrząc na własne paznokcie i podnosząc się z ziemi.
Zacisnąłem wargi w cienką linię i przysunąłem się do pobliskiej ściany, aby przynajmniej nie dodać sobie bólu kręgosłupa w tej sytuacji. Westchnąłem cicho, pocierając dłonie o siebie nawzajem za plecami, próbując przywrócić sobie czucie w palcach. Gdyby nie to dziecko, dawno byłbym z powrotem u taty, z pożywieniem oraz bronią. To nie, musiałem postanowić, że poznanie imienia młodej dziewczynki jest ważniejsze. A teraz poznaję skutki własnego idiotyzmu
- Podnieś się - usłyszałem nagle rozkaz, podnosząc wzrok, który wbity był w wyblakłe wzorki na kurtce, poruszając po chwili skrępowanymi nogami.
- Nie mam jak - powiedziałem, przełykając wcześniej ślinę przez wyschnięte gardło, aby głos mi się przypadkiem nie załamał, a żołnierz przykucnął ponownie przy mnie, rozluźniając węzły na nogach, budząc we mnie na krótki moment instynkt, przez co próba kopnięcia ciemnookiego weszła w życie, nieudanie.
- Zrób tak jeszcze raz, a nie będziesz miał wyboru - powiedział spokojnym głosem i cieniem uśmiechu na twarzy, przytrzymując moje stopy przy podłodze.
Ugryzłem swój polik od środka, czując niedługo później zaciśnięcie sznura na kolanach. Grymas sam z siebie znalazł się na mojej twarzy i podniosłem się z ziemi, będąc złapanym za ramię przez mężczyznę. Zaciągnął mnie w stronę drzwi, wyglądając najpierw przez nie, a potem wyprowadził z budynku, idąc po wciąż mokrym błocie, które wydawało charakterystyczny dźwięk pod butami. Nie próbowałem nawet wybrać się spod chwytu ciemnowłosego, przyspieszając trochę, aby wyrównać nasze kroki i wyszedł wspólnie ze mną za bramę i wsiadł na miejsce kierowcy, wcześniej otwierając drzwi od tylnych siedzeń, zamykając je za mną po wejściu do środka
- Gdzie jedziemy? - spytałem z ciekawości, i zarazem mając wątpliwości, zawsze mogę zaraz skończyć na jakimś pustkowiu i zostać zostawionym na pastwę zarażonych.
- Zabieram ciebie do swojego domu - nie odwrócił wzroku od drogi, a ja usadziłem się wygodniej, zwracając wzrok w stronę okna, mając możliwość obserwowania obskurnych budynków i w oddali szalejących Biegaczy. 
- Po co? Nic z tego nie będziesz miał - mruknąłem spokojnie, utrzymując kontakt wzrokowy przez lusterko - I i tak ci "się nie oddam" - podkreśliłem ostatnie słowa.
- Gdybym chciał, mógłbym ciebie zaliczyć na masce samochodu - odpowiedział rozbawiony, a ja zsunąłem się na swoim miejscu, na twarzy przybierając kolor taki sam jak moje włosy.
Nie zadawałem więcej pytań mężczyźnie, czując, że tego nie chce i skupiłem się na widokach na zewnątrz, opierając głowę o oparcie i zamykając oczy. Dałem odpocząć swojemu ciału, nadrabiając stracony sen, nie na długo. Minęło maksymalnie pół godziny, a ja zostałem obudzony krótkim poleceniem i zsunięcie mnie na dół
- Są patrole, jak zauważą twoją opaskę to nie będzie z tobą najlepiej - powiedział, kładąc dłoń z powrotem na kierownicy - Wychylisz się dopiero jak będziemy pod odpowiednim budynkiem.
Najwygodniejsza podróż to nie była, miałem okazję jeździć w lepszych warunkach, ale całe narzekanie znikało z mojego umysłu, jak słyszałem cudze głosy za oknami. Miałem szczęście, za co byłem mocno wdzięczny, że ludzie na zewnątrz nie zwracali zbytnio uwagi na tylne siedzenia. Po jakimś czasie droga była trochę spokojniejsza, bez zatrzymywania się. Ja za to poczułem kręcenie w nosie, a po pojeździe rozniósł się dźwięk kichnięcia, a po chwili cichy jęk bólu. Zmarszczyłem obolały nos, wycierając krew z niego o to samo kolano. Nie było jej aż tyle, abym czuł potrzebę informowania kierowcy, więc spotykając tylko na moment jego wzrok w lusterku, wróciłem do leżenia na podłodze samochodu.
Po trzydziestu minutach tylne drzwi zostały lekko uchylone przez ciemnowłosego, co sprawiło, że uderzyłem głową o kant pojazdu, sycząc cicho, aby nie zwrócić na siebie zbytnio uwagi. Minęło jednak dodatkowe dziesięć minut kiedy chłopak wyprowadził mnie z samochodu i szybkim tempem wpuścił do domu. Zahamowałem przez zrobienie kilku drobniejszych kroków i odwróciłem się w jego stronę
- Rozwiążesz mnie teraz? - spytałem, wbijając spokojny wzrok w ciemnowłosego, a ten bez odpowiedzi posadził mnie na kanapie, prowadząc najpierw w jej stronę.
Obserwowałem czynności mężczyzny, czując po chwili krew ponownie w dłoniach i luz u nóg, mając możliwość rozkraczyć się w końcu. Chodzenie ze złączonymi udami do najprostszych i najwygodniejszych nie należy, gdy ma się tak długie nogi
- To teraz masz do podjęcia- - uciął w połowie zdanie, czując przeszywający ból w policzku, co dało mi moment na podniesienie się z kanapy.
Jednak nie na długo, bo po chwili dość brutalnie zostałem złapany za ramię, a drugą ręką za buzię, co i tak nie powstrzymało mnie przed ugryzieniem dłoni ciemnookiego. Odpowiedzieć nic jednak nie mogłem, bo wszystko co mówiłem wychodziło stłumione. Miotanie się również było bezcelowe, ponieważ mimo paru uderzeń czy nawet przypadkowego nadepnięcia na stopę, żołnierz stał jak skała
- Jak mówiłem, możesz wybrać. Będę mógł mieć tą zadziorną buźkę tylko dla siebie - uśmiechnął się lekko, odsuwając dłoń od ust i chwytając mój podbródek w dwa palce - Albo dasz mi potrzebne naboje - zacisnąłem usta w cienką linię, zatrzymując wierzganie w uchwycie ciemnowłosego.
Dopiero co zdobyłem te naboje, mogłyby się przydać mi, tacie jak i reszcie świetlików. Ale zarazem nie ciągnie mnie do bycia "zabawką" jakiegoś żołnierza
- Dam ci te naboje - powiedziałem w końcu, dając radę wyrwać głowę z chwytu mężczyzny.


<Carlos?>

niedziela, 26 lutego 2017

od Mallory - cd. Luciena

Świat Mallory gwałtownie zawęził się do drapiącego koca, twardego materaca i cuchnącej poduszki. W głowie huczało jej ze zmęczenia, a oczy piekły niemiłosiernie. Nie mogła się nawet ruszyć, bo odnosiła wrażenie, że mięśnie zamieniły się w rozżarzone węgle, przypiekające skórę od środka.
Sen jak zwykle nie przyniósł ukojenia. Pełno w nim było zarażonych, wypatroszonych ludzi i odciętych głów turlających się po ziemi. Mary zniknęły dopiero wówczas gdy Mallory otworzyła szeroko powieki. Pełen ulgi wzrok utkwiła w suficie, który wydał się jej w tamtym momencie najmilszą rzeczą pod słońcem. 
Hamilton. To była pierwsza myśl Mallory. A im głębiej wpadała w wir wyrzutów, że zawiodła brata, tym silniejsza panika ogarniała ciało kobiety.
Była zdana tylko na siebie. Była sama. Była bezbronna. Była praktycznie martwa...
Mallory zacisnęła mocno powieki starając się pozbyć tych natrętnych myśli. Musiała zacząć działać racjonalnie. Hamilton tego właśnie by od niej oczekiwał. Opanowania i chłodnej kalkulacji. Trzeba wrócić do Detroit. Tak. Trzeba. Wiedziała, że da radę. Istniała szansa, że da rade. Może da radę. Nie da rady...
Otworzyła znów oczy i odwróciła głowę chcąc zobaczyć co z Lucienem. Materac na którym miał spać, był pusty. Choć istniała prawdopodobnie setka wyjaśnień dlaczego mężczyzny nie ma, to do głowy Mallory przyszła od razu ta najgorsza. Zarażeni albo ludzie o nieczystych zamiarach. Ręka kobiety automatycznie wsunęła się pod materac gdzie ukryła nóż znaleziony wcześniej w kuchni. Palce bezszelestnie zacisnęły się na rękojeści.
Kobieta zaczęła powoli wstawać, kiedy nagle dostrzegła mężczyznę siedzącego na parapecie.
- Lucien? - zapytała cicho, choć jeszcze zanim słowa wypełzły jej z gardła, rozpoznała sylwetkę nowego znajomego.
- Tak? - odparł przytrzymując dłonią niezapalonego papierosa.
- Wszystko w porządku? - Mallory wysunęła dłoń z pod materaca zostawiając nóż w spokoju.
- No wiesz... nowe miejsce. Zresztą nie za bardzo chce mi się teraz spać. - W głosie Luciena pobrzmiewała dziwna nuta, ale Mallory postanowiła nie naciskać.
- Rozumiem. - Starała się wykrztusić z gardła jakieś słowa otuchy, ale sama czuła strach i niepokój, które skutecznie przyblokowały pozytywne myślenie.
Kobieta położyła się z powrotem naciągając liniejący koc pod samą brodę. Zapanowało ciężkie milczenie, które trwało aż do pierwszych promieni słońca kiedy to Mallory udało się ponownie usnąć. Początkowo mary w postaci zarażonych zaczęły biegać pod jej powiekami jednak nagle gdzieś wyparowały i kobieta znalazła się w małym kolorowym pokoiku. Ściany zapełniały rysunki i zniszczone plakaty sportowców. Po podłodze walały się zabawki, a stare łóżko skrzypiało pod naporem stosów grubych książek, które ktoś niedbale tam rzucił.
Mallory znalazła się w swoim dawnym pokoju.
- Dawno nas tu nie było - odezwał się męski głos tuż za jej plecami. Kobieta odwróciła się gwałtownie i stanęła twarzą w twarz z Hamiltonem. - Piętnaście lat. Aż ciężko w to uwierzyć - westchnął cicho, przejeżdżając palcami po brodzie. Czarne włosy miał jak zwykle nienagannie ułożone, pociągłą twarz zdobił trudny do rozszyfrowania wyraz, a garnitur i biała koszula wyglądały nieskazitelnie. - Dałaś się tak głupio złapać. Co za upokorzenie.
- Hamilton... ja... - Starała się zacząć jakoś Mallory, ale słowa umykały jej strunom głosowym.
Mężczyzna nawiązał z kobietą kontakt wzrokowy.


- Nie jesteś taka jak nasze rodzeństwo, więc nie zniżaj się proszę do ich poziomu. Zawsze mi się zdawało, że stać cię na więcej.
Nim Mallory zdołała w jakikolwiek sposób odpowiedzieć bratu, pokój stał się niewyraźny i rozsypał na tysiące maleńkich kawałeczków. Sen dobiegł końca.
- Hamilton! - kobieta siadła gwałtownie na materacu ciężko oddychając. Promienie słońca przedzierające się przez zabite deskami okna, objęły salon w swoje władanie i wyglądało na to, że dzień trwał już kilka dobrych godzin.
- Coś się stało? - zapytał Lucien, który nagle pojawił się przy posłaniu Mallory. Miał ciemne sińce pod oczami, potargane włosy, a w jego ruchach dało się wyczuć nerwowość. Musiał nie przespać w nocy nawet minuty.
- Nie, nic. - Mallory przejechała dłonią po skroni. - Miałam sen. I nie był niestety zbyt przyjemny.
- Chcesz coś zobaczyć? - Lucien zaczął wykręcać sobie palce, które lekko dygotały. - Oczywiście jeśli nie masz ochoty już spać. To może zaczekać więc...
- Myślę, że tyle odpoczynku mi wystarczy. - Mallory wstała z materaca. - Prowadź. 
Lucienowi udało się odkryć małe pomieszczenie schowane za dużą dębową szafą. Pełno w nim było puszek z żywnością. Posortowanych, zawiązanych sznurkiem i oznaczonych na ile dni wystarczą. 
- Ktoś chciał tu widać zamieszkać - powiedziała kobieta oglądając jedną z kolorowych etykietek. - Niesamowite. 
- Kim jest Hamilton? - nieoczekiwanie zapytał Lucien. Mallory spojrzała na niego zdziwiona, po czym zdała sobie sprawę, że musiała krzyknąć jego imię, kiedy się obudziła.
- Moim bratem - rzuciła szybko i wyszła z pokoju, by nie musieć kontynuować rozmowy. Chciała iść do łazienki, żeby wziąć szybki prysznic, ale z rozpędu weszła do tej w której leżał trup. Miała już zamknąć z powrotem drzwi kiedy zobaczyła leżącą na ziemi kartkę. Mallory motywowana ciekawością uniosła papier. Słowa na nim wypisane brzmiały następująco:

Droga Lily

Jeżeli to czytasz to pewnie tobie i Arturowi udało się przeżyć. Za szafą w salonie znajdziecie zapasy jedzenia, które dla nas zgromadziłem. Powinno wam wystarczyć na jakiś czas. 
Ja nie miałem zbyt dużo szczęścia. Moje dzieci zostały zabite. Nie ma sensu, żebym dłużej to ciągną. Przepraszam.

Dan

Mallory skończyła czytać i spojrzała na trupa leżącego w wannie. Na jego zapadnięte policzki i bezwładne ciało. Podciął sobie żyły.
Nagle w głowie kobiety pojawiły się słowa, które Hamilton wypowiedział we śnie. Nie jesteś taka jak nasze rodzeństwo, więc nie zniżaj się proszę do ich poziomu.
Do łazienki ostrożnie wsunął się Lucien, a twarz mu gwałtownie stężała. 
Zawsze mi się zdawało, że stać cię na więcej. Mallory znów usłyszała głos brata. Mimo, że był nieprawdziwy, wzięła sobie jego słowa do serca.
- Chcę pochować tego człowieka. Pomożesz mi?


<Lucien? Zapraszam na pogrzeb Dana.>

od Carlos'a

Wywlokłem się z samochodu trzaskając drzwiami, niestety musiałem pozostawić go poza murami miasta. Natychmiast zapadłem się w grząskie błoto dosłownie po kolana, warknąłem pod nosem powoli posuwając się do przodu. Dzień zapowiadał się okropnie, była dopiero ósma a już wysiadł mi prąd w domu, lało jak z cebra a ja stałem pod bramą moknąc i zapadając się w błoto. Nikt nie miał zamiaru otworzyć mi bramy, skrzywiłem się unosząc głowę do góry, nade mną rozpościerały się wieżowce pożerane przez korozję. Kopnąłem metalowe kraty powodując głuchy brzdęk roznoszący się dookoła. Poskutkowało i potężnie zbudowany blondyn wypadł zza rogu mierząc we mnie bronią.
- Samochodu się nie słyszało? - prychnąłem wyciągając dokumenty i podając je mu przez kraty. Mężczyzna uśmiechnął się krzywo uderzając w przycisk otwierający wrota.
- Co ty dzisiaj taki uszczypliwy, Royer? - Zmierzyłem mężczyznę wzrokiem, on przynajmniej miał kurtkę. Odebrałem mu swoje papiery i machnąłem ręką udając się na swój posterunek. Miasto powoli się budziło, co jakiś czas ktoś przemykał obok mnie, miałem wrażenie, że ludzie boją się żołnierzy, z resztą bardzo trafne. Czułem się taki mały, czarny. Przemykałem między budynkami, było zdecydowanie zbyt pusto, zbyt cicho - byłem pewien że coś się święci. Dotarłem do budynku w którym miał stacjonować mój oddział. Wszedłem do środka otrzepując ciężkie buty z błota, przez chwilę kilka par ślepi zwróciło się w moim kierunku, jednak po chwili wszyscy wrócili do swoich zajęć. 
- Kto wyszedł na zwiad? - zapytałem zdejmując przemokniętą, wierzchnią część ubrania i odgarniając mokre włosy z czoła.
- Archie i Jenna są na patrolu, my też zaraz wychodzimy. - Zwróciłem wzrok w stronę rudowłosej dziewczyny którą wołaliśmy właśnie "Ruda", nikt w zasadzie nie pamiętał jej imienia. Zawzięcie pakowała magazynki więc usiadłem w pewnej odległości od dziewczyny dając sobie przynajmniej chwilę by się ogrzać. Nie miałem zbyt dużo na pozbycie się choćby szarej chmury irytacji znad swojej głowy, drzwi skrzypnęły i do środka wpadła właśnie Jenna. 
- Słuchajcie, znaleźliśmy trupa rozsmarowanego na chodniku.
- Więc go spalcie, jeszcze kogoś zarazi tym syfem. - Ruda najwyraźniej też nie była w najlepszym humorze.
- Zupełnie was to nie rusza?! - Brunetka wbiła we mnie swoje ślepia czekając na trochę współczucia. Była jeszcze młoda, nie naoglądała się jeszcze tyle trupów. - Sprzątnijcie go.
Rudowłosa podniosła się z miejsca zabierając swoje wyposażenie, zrobiłem do samo. Zauważyłem jak tryumfalnie spogląda na brunetkę mijając ją w drzwiach, zrobiło mi się szkoda młodej.
Na szczęście przestało padać, przechadzaliśmy się po mieście bez określonego celu próbując wyłapać coś podejrzanego. Mijaliśmy jedynie zwiadowców z innych oddziałów, było tak cholernie nudno.
Dziewczyna przystanęła robiąc głęboki wdech po czym soczyście zakaszlała. 
- Czujesz jak wali?
Rzeczywiście w powietrzu unosił się okropny smród. 
- Palą ich.
- Obrzydliwe. - Obruszyła się zapinając kurtkę pod sam nos. Przez chwilę szliśmy w ciszy przeczesując teren, nagle dziewczyna spojrzała na mnie z błyskiem w oku. -Zrywamy się na chwilę. -Rzuciła po czym ruszyła przed siebie skręcając w boczną uliczkę. Rozejrzałem się dookoła po czym puściłem się w ślad za nią, przeskakując kolejne kontenery na śmieci i wygięte latarnie. Słyszałem przed sobą jej śmiech kiedy z prędkością światła pokonywała przeszkody jakby to było dla niej nic, w końcu zatrzymała się przed zapuszczoną kamienicą wyjmując broń.
- Wchodzimy. - I tak też zrobiliśmy prześlizgując się po schodach pozbawionych poręczy, wszystko śmierdziało stęchlizną. Ktoś trzasnął drzwiami jednego z mieszkań, jeśli ktokolwiek tu był nie miał zamiaru się z nami bić. Wkroczyliśmy do mieszkania na samej górze, na podłodze leżały porozrzucane ubrania, rozgniataliśmy butami odłamki szkła. Dziewczyna ze sporą ekscytacją doskoczyła do blatu czegoś co było wcześniej kuchnią obejmując dłonią maszynę. - Ile wziąłbyś za naprawę tego złoma? - Podszedłem bliżej przyglądając maszynie, wyglądała na ekspres do kawy.
- Po co ci on? -Zmarszczyłem brwi próbując jakoś dostać się do środka.
- Dałabym go mamie na urodziny - oznajmiła. - Ale to nie ważne, ile?
- Pewnie sporo - mruknąłem. - Mogę spróbować ale nie obiecuję że zadziała. I wyrwałaś nas z posterunku dla ekspresu, pogięło cię?
- Podrzucę ci go, przy okazji przeczeszę tą twoją warownię - zaśmiała się zawracając w stronę wyjścia. Gdy wyszliśmy na zewnątrz znów zaczęło padać wiejąc nam prosto w twarz, przekląłem pod nosem. Dotarliśmy do bazy, dziewczyna weszła do środka pierwsza, nagle stanęła jak słup blokując mi drogę wejścia. - Co jest? -mruknąłem wyglądając zza jej ramienia, moim oczom ukazała się sylwetka jakiegoś chłopaka szarpiącego się na podłodze, obok dwóch naszych ludzi.
- Świetlik. - Na twarzy rudowłosej zagościł uśmiech satysfakcji, darzyła organizację ogromną nienawiścią. Weszliśmy do środka, usadowiłem się na stole obserwując jak czerwonowłosy chłopak został skrępowany i pozostawiony na podłodze. Chłopcy musieli wrócić i dokończyć swoją wartę, zostaliśmy więc we trójkę. Przyglądałem się jak dziewczyna trąca go butem z kamienną twarzą.
- Nie maltretuj go - mruknąłem zakładając jedną nogę na drugą.
- Zachciało się bawić w bunty, co? - prychnęła zupełnie nie zważając na moje słowa, złapała chłopaka za włosy unosząc jego obitą twarz do góry. - Nie będziesz się nawet bronił?
- Idź, przynieś tu ten ekspres. - Rudowłosa uśmiechnęła się uroczo puszczając chłopaka który z hukiem upadł na posadzkę, zgarnęła kurtkę i po chwili już jej nie było. Zapadła cisza kiedy obserwowałem warczącego coś pod nosem czerwonowłosego, z każdym ruchem syczał z bólu. Zeskoczyłem ze stołu zwracając na siebie jego uwagę. 
- Jaki masz interes w oszczędzaniu mi bólu? - Warknął czerwonowłosy swoim niskim głosem.
Przyklęknąłem obok niego przyglądając się surowemu wyrazowi jego twarzy, kąciki moich ust powędrowały do góry. - Co mi zrobicie?
- Zgnijesz w jakiejś dziurze albo dostaniesz kulkę, zależy czy twoi koledzy nabroją. - Dojrzałem błysk przerażenia w jego spojrzeniu, po chwili ściągnął brwi i przygryzł dolną wargę w jakimś nieokreślonym przypływie determinacji. 
- Wypuść mnie. - Prychnąłem śmiechem spoglądając na chłopaka. 
- I co będę z tego miał?
- Co zechcesz. - Spojrzałem na niego z politowaniem, pałał chęcią życia.
- W takim razie chcę ciebie. - Rozciągnąłem ręce wyłamując sobie palce.
- Że co proszę?! - Czerwonowłosy aż szarpnął się na bok, przekrzywiłem głowę na bok lekko rozbawiony.
- Nie będę negocjował.


<Chanyeol?>

If you be my star i'll be your sky, you can hide underneath and come out at night.


W h e n   I   t u r n   j e t   b l a c k
a n d
y o u   s h o w   o f f   y o u r   l i g h t.
I   l e a v e   t o   l e t   y o u   s h i n e.


Imię: Carlos William
Nazwisko: Royer
Wiek: 27 lat
Płeć: Mężczyzna
Data urodzenia: 21.I.2004
Rodzina:
  • Mark Royer - Jego ojciec był człowiekiem zimnym, surowym i całkowicie oddanym swojej służbie jako policjant, prawdopodobnie przez to oddanie zmarł w pierwszej kolejności ratując ludzi zaraz po wybuchu epidemii, zwyczajnie poszedł na śmierć jako kozioł ofiarny.
  • Kate Royer - Pani Royer była osobą równie ostrą co jej mąż, którego nie kochała uważając go za głupca. Po jego śmierci samodzielnie wychowała syna. Niestety los nie był dla niej łaskawy-została zainfekowana po czym dopuściła się ataku na własne dziecko zmuszając go do matkobójstwa.
Związek: Brak
Przynależność: Armia
Stanowisko: Żołnierz
Umiejętności: Jak przystało na mundurowego jest w stanie zachować stalowe nerwy w kryzysowych sytuacjach jak i przełożyć dobro innych ponad swoje. Dobrze idzie mu tzw parkour, można by przypuszczać że jest w stanie skakać po dachach aczkolwiek nie zostało to potwierdzone. Najlepiej idzie mu z bronią palną - pistolety to jedna z jego malutkich obsesji. Nie idzie mu posługiwanie się bronią białą, stara się jej nie używać.
Charakter: Royer jest jest z natury dość sztywny, nie przepada za głośnym towarzystwem. Nie jest jednak oschły czy wredny. Jest wyrozumiały, punktualny a przede wszystkim bardzo przezorny. Chyba jak każdy lubi gdy wszystko idzie po jego myśli, zazwyczaj ma zaplanowane sporo rzeczy do zrobienia by nie spocząć na laurach. Jest postawiony w ciągłym trybie czuwania zwłaszcza mając u boku osobę dla siebie ważną, dziecko czy osobę chorą. Potrafi wybuchnąć znienacka by już po chwili złagodnieć. Jest lojalnym przyjacielem i partnerem, z powodu swojej małomówności łatwo mu dochować tajemnic. Zirytowany zwalnia blokadę słów nie szczędząc innym oszczerstw. Czasem bywa zbyt lubieżny i zachłanny wobec drugiej osoby. Wymieniając wady bruneta trzeba nadmienić ogromne przywiązanie do swojej własności. Na służbie działa mechanicznie, jest wtedy w stanie jeść i spać na rozkaz.
Historia: Cal miał 12 lat gdy wybuchła epidemia, stracił ojca już po około czterech godzinach od ogłoszenia stanu wyjątkowego. Jego matka zabrała dziecko i wyniosła się z domu do względnie bezpieczniejszego centrum miasta. Kobieta przyjęła fach przemytnika i handlarza bronią, szybko przyzwyczaiła się do nowych realiów, Carlos nie akceptował jej zajęcia uparcie próbując ją odciągnąć od zadzierania z "prawem". Dorastając zajmował się naprawą towaru sprzedawanego przez rodzicielkę, mimo jej ostrego sprzeciwu wkręcił się w szeregi armii. Z dnia na dzień Kate czuła się gorzej wzbudzając obawy swojego syna. Pewnego wieczora 19 latek poczuł gorący oddech na skroni, to jego matka wiła się i charczała przeraźliwie, wtedy nie była już człowiekiem. Zanim chłopak zdążył pomyśleć wycelował i strzelił pozbawiając ją ostatniego tchu. Przez 15 lat nigdy nie poczuł że zrobił źle - zabił swojego wroga, a więc to co jako żołnierz jest zobowiązany robić. Wrócił do swojego starego domu, własnymi rękoma doprowadzając go do stanu używalności, od tej pory stał się on jego schronieniem a także ogromnym magazynem na broń.
Aparycja: Carlos jest mężczyzną o przeciętnym wzroście i dość muskularnej budowie. Ma pociągłą, smukłą twarz, czarne oczy oraz lekko kręcone włosy o ciemnokasztanowej barwie. Czasem pozwala sobie na lekki zarost. Jego ciało pokrywa tona pieprzyków w najróżniejszych miejscach, głównie na klatce piersiowej i plecach.Często jest uzbrojony "po same zęby" sprawia mu to przyjemność.
Orientacja: Biseksualny
Steruje: War_Child
Ciekawostki:
  • Kolekcjonuje i handluje bronią palną
  • Nie przepada za podróżami i "przygodami"
  • Jest psiarzem, posiada dwa owczarki niemieckie.
  • Jest typem osoby która strzela bez zastanowienia i nigdy nie żałuje
Inne zdjęcia: Brak

od Luciena - cd. Mallory

Lucien rzucił kątem oka na bandaż, który odbił się od blatu i spadł na podłogę. Uśmiechnął się delikatnie na widok frustracji kobiety. Która- na nieszczęście Howlanda- zauważyła jego rozbawienie. Oblicze Mallory jeszcze bardziej się zachmurzyło. Znów przemknęło mu przez myśl, jak bardzo różni się od osoby, która bez lęku stawiała czoła zarażonym. No i dzięki której nadal oddychał. Teraz ta sytuacja; posiłek, rozmowa o niczym, kanapa. To wszystko wydawało się nienaturalne. Jakby parodiowali normalne życie. To znaczy życie jeszcze sprzed epidemii, bez niekończących się ucieczek i ciągłego strachu. 
Oboje wbili wzrok w niedoszły opatrunek. Biała barwa odcinała się nienaturalnie od brudnego blatu i jeszcze gorszej podłogi. 
- Do czego ty mnie zmuszasz.- westchnął i podniósł się ciężko, sięgając po demoniczny materiał. Obszedł zapadniętą kanapę i usiadł na brzegu siedzenia po lewej stronie Mallory, która śledziła go uważnym spojrzeniem. Nieopatrznie przygniótł swoje dwa ostatnie papierosy, których porywacze cudem nie zauważyli. Wyciągnął rękę w jej stronę w znaczącym geście. Kobieta chwilę wahała się, po czym uniosła przysunęła nogę bliżej mężczyzny. Sprawnymi, doświadczonymi ruchami zawinął bandaż, konstruując naprędce spinkę z paska metalu z dekielka puszki. Uważał, żeby nie urazić rany, ale i tak raz po raz ciszę przerywało syknięcie.
- Dzięki.- powiedziała cicho kobieta, naciągając niżej nogawkę spodni. Podniósł wzrok, a jego twarz wykrzywił subtelny grymas. Zaskoczyło go, na jak bardzo zmęczoną wygląda Mallory. Chociaż woda zmyła trudy niedobrowolnej podróży, to nie mogła pozbyć się głębokich sińców pod oczami ani nieco przygaszonego spojrzenia migdałowych oczu.
Uderzył otwartymi dłońmi o uda i podniósł się z kanapy.
- Powoli trzeba by zbierać się do spania, nie?- zapytał, choć w jego głosie było nieco niepewności. Mallory też nie wyglądała na szczególnie zadowoloną, ale wstała ostrożnie i ruszyła powoli w kierunku schodów. Lucien rozejrzał się niepewnie dookoła. Wyobraził sobie zarażonych, snujących się jak cienie dookoła domu. Czyhających tylko na sposobność do wyjścia. Widział wyraźnie obraz samego siebie leżącego w pustym pokoju pośród ciemności, z szeroko otwartymi oczami. Tyle czasu na myślenie...
- Mallory.
Odwróciła się w jego stronę. Mężczyzna zdał sobie sprawę, że to, co chce powiedzieć jest dziecinne, ale mimo to brnął dalej. 
- Myślę, że będzie bezpieczniej, jeśli zniesiemy materace tutaj, na dół. 
- Chyba... chyba masz rację, tak będzie bezpieczniej.- Mallory uśmiechnęła się słabo. 
_____

Nie był pewien, ile minęło, nim Mallory zasnęła. Szacował, że jakieś dwie godziny przewracała się z boku na bok, jednak ostatecznie zmęczenie i potrzeba regeneracji okazały się silniejsze, nawet, jeżeli sen, w który zapadła był niespokojny i płytki. Najmniejszy szelest sprawiał, że mocniej zaciskała powieki. Lucien zdawał sobie sprawę, że znajduje się wówczas na granicy jawy, a innej rzeczywistości. 
Wobec tego się nie ruszał. 
W czasie, kiedy Mallory starała się wydobyć chociaż skrawek podłogi spod warstw śmieci i przedmiotów wątpliwego przeznaczenia, mężczyzna obszedł piętro w poszukiwaniu materacy bez sprężyn, które mogłyby zabić. Znalazł dwa zadowalającej jakości i zniósł je pojedynczo na parter. Kobieta niemal od razu wkopała się pod nieco stęchły koc i zamknęła oczy, chociaż Lucien wiedział, że nie może zasnąć. On sam bez przekonania usiadł dwa metry dalej, na swoim prowizorycznym posłaniu. Podkulił kolana i podparł na nich brodę. 
Był zmęczony. Najchętniej zamknąłby oczy, by już więcej ich nie otworzyć, ale nie potrafił. Jakkolwiek się starał, sen nie nadchodził. Zamiast niego, czuł tylko narastająca panika, stojąca mu gulą w gardle. I nudności. I natrętne myśli.
Poruszył się dopiero, gdy oddech kobiety zrytmizował się i pogłębił. Lucien wstał ostrożnie, jakby sen Mallory był spłoszonym ptakiem. Uważnie stawiając stopy, podszedł do jej materaca i kucnął przy nim. Miał pewność, że gdzieś tutaj widział wcześniej zapałki. Lustrując wzrokiem podłogę, natrafił na twarz swojej towarzyszki. W bardzo skromnym świetle, jakie przesączało się zabite okna, jej twarz wyglądała jak z porcelany. Usta miała lekko uchylone. Włosy, które rozsypały się na twardej piance w mlecznej poświacie wyglądały na kruczoczarne. 
Starając się robić jak najmniej hałasu, mężczyzna naciągnął jej na ramiona skopany wcześniej koc. Podniósł się i usadowił na parapecie, sięgając po przedostatniego papierosa. Po chwili namysłu nie zapalił go lecz wsunął do ust. Prawdopodobnie siedziałby całą noc wlepiając wzrok w przeciwległą ścianę i poddając mrocznym myślom, gdyby nie jasny, nieco zaspany głos.
- Lucien?


<Mallory? :v>

My pressed down instincts are popping up What to do, I just hit the lotto


C a r e l e s s,   c a r e l e s s.
S h o o t   a n o n y m o u s,   a n o n y m o u s.
H e a r t l e s s,   m i n d l e s s.
N o   o n e.
w h o   c a r e   a b o u t   m e?




Imię: Chanyeol
Nazwisko: Park
Wiek: 25 lat
Płeć: Mężczyzna
Data urodzenia: 6 października 2006 
Rodzina: 
  • Park Yoora (†) - młodsza siostra, umarła w wieku ośmiu lat, niecały jeden dzień po ugryzieniu. Informacja dotarła w danym momencie wręcz paranoicznej matki i bez większych wahań, choć ze łzami w oczach, zabiła własne dziecko przed oczami męża.
  • Park Heechul - ojciec w wieku pięćdziesięciu dwóch lat, który wspólnie z Chanyeol'em dołączył do Świetlików, licząc, że on jak i jego syn będą tam bezpieczniejsi niż żyjąc na własną rękę.
  • Park Jieun - matka w wieku czterdziestu ośmiu lat, żyjąca na własną rękę. Została zostawiona przez męża w momencie, kiedy dotarło do niego, co zrobiła ich córce. Pewności czy jeszcze żyje Yeol nie ma.
Związek: Brak
Przynależność: Świetliki
Praca: Przemytnik żywności oraz broni
Umiejętności: Tak bardzo jak tego nie lubi robić, to wie, że jest w tym dobry, a tą umiejętnością jest kłamanie. Nie wykorzystuje tego za często, bo ma wtedy wyrzuty sumienia. Ale jak jest potrzeba, to się zmusi. Jedyną osobą, która umie przez niego przejrzeć to jego tata, a kiedyś siostra. Oni zawsze wiedzieli, że zmuszą zwrócić uwagę na charakterystyczny ruch pocierania palcami o siebie nawzajem, czy materiału od bluzki, bluzy i jakiejkolwiek górnej części odzieży.
Dał radę opanować podstawy prowadzenia samochodu, przynajmniej tyle, aby móc poprowadzić go przez prostą drogę i po polach, ale do jakiejś dzikiej ucieczki dobrym wyjściem nie jest. Umie działać pod presją, ale potrafi popełnić najgłupszy błąd, a za kierownicą jest to niebezpieczne. W takim momencie odda pojazd w ręce kogoś bardziej doświadczonego, a sam "zrelaksuje się" i odda sytuacji. Dobra orientacja w terenie również przydaje mu się w prowadzeniu, a szanse, że się zgubi są mniejsze. Choć i tak preferuje poruszanie się piechotą, a nie czymś, co posiada koła czy kopyta, jazda konna to już nie jego działka.
Dzięki matce, zdobył umiejętność sprawnego opatrywania siebie samego, jak i innych. Może nie jest to robota pierwsza klasa, ale powstrzyma krwotok albo da radę przeczyścić ranę w jakimś stopniu. 
Charakter: Chanyeol daje wrażenie, może i trafne, osoby zimnej. To nie tak, że czerwonowłosy nie ukazuje emocji, ale robi on to w sposób subtelny. Zachowuje je w jakimś stopniu dla samego siebie, a osobom daje jedynie krótkie znaki, aby mieli sposób domyślenia się co czuje w danym momencie. To zależy od inteligencji lub spostrzegawczości osoby czy to zauważy. W nagłych sytuacjach jest inaczej, ponieważ nie próbuje on wtedy ukryć zestresowania tak bardzo, jakby zrobił to normalnie. Tak samo ze złością, szczęściem czy paniką. Wszystko da się głównie wyczytać z oczu, które naturalnie pokazują całą prawdę. Gdy jednak osoba nie podeszła Azjacie, nie jest on chętny do pokazywania emocji czy uczuć w jej stronę, w takiej sytuacji woli nie pokazywać czegoś po sobie, a w takiej sytuacji jedynym co z niego wychodzi, to strach. Go nigdy nie potrafi ukryć, nieważne jak bardzo próbuje, przed kimkolwiek, jak wcześniej wspomniane - oczy.
Cierpliwość Yeol'a wykracza poza granice. Nieważne kim jest osoba, która próbuje go sprowokować albo zdenerwować, nawet nie celowo, zostanie nienaruszony. W środku cichy głos ujawnia się, powtarzając jakieś uspokajające słowa, a czasami na odwrót, próbuje namówić chłopaka do pęknięcia, co prawie nigdy się nie dzieje. Gra na nerwach musiałaby być bardzo silna, aby chłopak podniósł na kogoś głos. Wcześniej może próbować kogoś spokojnym głosem, powtarzając jakieś pojedyncze polecenia, samemu głęboko wiedząc, że szanse na zadziałanie tego są marne. Wytworzyło mu się to głównie w trakcie opieki młodszą siostrą, czy jakimkolwiek małym dzieckiem, które zostało przyprowadzone na parę godzin do jego domu. W tych czasach również mu się to przydało, chwilami ratując komuś nawet życie, bo to on sprawił, że ktoś pękł, a nie czerwonowłosy.
Przez sześć lat, zajmował się swoją siostrą, dbając o nią bardziej niż siebie. Nikt nie bał się powierzać czegokolwiek w jego ręce pod opiekę, co nie znaczy, że lubili to robić. Wiedzieli, że nie zepsuje czy nie zrani danego przedmiotu czy osoby, ale mieli również świadomość, że zmuszają go do tego. Lubi pomagać, ale nie byle komu. Wrogowi czy komuś, kto daje mu źle ujęty rozkaz bez praw do robienia tego, nie pomoże. Nie widzi sensu w robieniu tego, a skoro i tak nie zostanie to docenione, to woli się nie przemęczać. Najlepsza opieka z jego strony to taka, która zaproponowana została przez niego samego, a nie z przymusu. Choć nigdy nie wiadomo czy sam się zmusza, co i tak działa na niego inaczej niż wymóg ze strony osoby trzeciej.
Czerwonowłosy woli "pracować" samemu lub z jeszcze jedną osobą. Wie, że chwilami powinien przełamać się i iść wspólnie z większą ilością ludzi coś zrobić, co jak musi, wykona. Po prostu czuje się mocno ograniczony w takiej sytuacji i wie, że mimo chęci wykazania się czy rozwiązania czegoś w inny sposób, nie będzie miał prawdopodobnie przebicia we wszystkich. Choć czasami zdarza się, że w grupie ludzie oddają się pod jego zdanie oraz opiekę, ale są to osoby, które mają do niego zaufanie, a wielu takich osób nie ma, przynajmniej nie takie co mu są znane. W grupie często robi się o wiele cichszy i spokojniejszy.
Przy osobach mu bliskich, czyli głównie przy tacie, lub osobach dobrze mu znanych, staje się żywszy. Wykazuje więcej zafascynowania i energiczności w trakcie rozmowy. Uśmiech na jego twarzy jest wtedy prawie niemożliwy do usunięcia i może zignorować to, co ktoś mówi, jak sam zacznie się wypowiadać na jakiś temat. Rzucanie głupimi żartami jest bardziej możliwe niż wcześniej, a dzięki jego zachowaniu w danym momencie, odbiór ich jest lepszy niż poprzednio. Ciężko mu również usiedzieć wtedy w miejscu, więc posiadaną energię uwalnia przez ręce, czyli gestykulację lub przez nogi, machanie nimi albo nerwowe uderzanie stopom o ziemię.
Dziecinność siedzi w Chanyeol'u niezależnie od sytuacji, ujawnia się jedynie mniej lub bardziej. Cecha ta widoczna jest głównie jak zostawi się go samego bez niczego do roboty, zacznie bawić się czymkolwiek, co wpadnie mu w ręce. Pytać również może o rzeczy, które są na tyle proste czy wiadome, że niektórzy nie mają nawet siły, aby odpowiedzieć. Z drugiej strony, potrafią to być na tyle tępe i bezsensowne, że osoby zastanawiają się skąd chłopaka natchnęło na taką myśl. Może i wewnętrznie, ale cieszy się z najmniejszych rzeczy. Zarazem, jak jest zły, potrafi po prostu tupnąć nogą, obrazić się na wszystkich dookoła i usiąść na tyłku, co czasami kończyło się ciągnięciem go po ziemi, aby go nie zostawić na pastwę losu, co było powodem do kłótni jak byli w grupie. Połowa chciała go już zostawić, a druga uznała, że Azjata może się przydać do reszty podróży.
Czerwonowłosy nie potrafi kontrolować niektórych swoich działań, które z niego wypływają. Odgryzie się komuś, gdy już całkowicie pęknie, instynktownie machnie ręką jak ktoś z zaskoczenia do niego podejdzie, co kończy się uderzeniem w twarz czy inną część ciała, choć jego wzrost głównie pozwala na uderzenie w buzię osoby. Sam chwilami nie wie, że coś zrobił i jest w szoku, jak ktoś zaczyna mieć do niego problem w tym kierunku, co kończy się tym, że udaje niewinnego człowieka. Potem jednak do niego dotrze, więc przeprosi za swój nieopanowany czyn.
Historia: W wieku siedmiu lat, wspólnie z resztą rodziny przeprowadził się do Ameryki, rozpoczynając tam życie od nowa, ze względu na zmianę pracy rodziciela chłopaka. Nowe z powodu na wyższy stan majątkowy i że Heechula prawie nigdy nie było w domu, więc opieka głównie schodziła na barki matki Chanyeol'a i w jakimś stopniu jego, mimo młodego wieku. Kiedy kobieta zajmowała się gotowaniem i pilnowaniem, że tego, aby jej dzieci żyły. Chanyeol zajmował się w jakimś stopniu również siostrą, aby pomóc swojej mamie. Mimo młodego wieku, Yoora była i tak inteligentnym dzieckiem.
Po dotarciu epidemii, gdy Chanyeol miał dziesięć lat, szybko zapadła decyzja o wyjeździe z ich tymczasowego mieszkania. Przez dwa lata dawali sobie bez większych problemów radę, ojciec uczył swojego syna jak powinien się bronić przed ludźmi, jak i zarażonymi. Raz, młody Park został wypuszczony z mieszkania na przejrzenie okolicy, mając zaufanie i wiarę ze strony rodziców. Przez to, a może raczej dzięki temu nie był świadkiem tego, co się wydarzyło. Niedawno przed nim jego siostra wyszła na naprawdę krótki, ale na jej nieszczęście było to wystarczająco długo, aby została ugryziona. Wróciła do domu i kilka godzin później Jieun zauważyła ślad po zębach. Zaczęła panikować, a próba uspokojenia przez męża nie pomagała, kobieta trzęsącymi się dłońmi sięgnęła po pistolet i szybkim ruchem strzeliła w stronę dziecka, w dodatku najpierw nie trafiając, sprawiając Yoorze dodatkowy ból.
Jak Yeol wrócił do domu, widział swojego tatę zbierającego swoje rzeczy oraz Chanyeol'a, a na końcu zawiesił wzrok na zmarłej siostrze. Nie zwracając uwagi na słowa rodziców, musiał podejść do młodej dziewczyny, powstrzymując się przed wybuchem. O razu poczuł jak jest odciągany i wyprowadzany z mieszkania, nie wiedząc gdzie jego tata zamierza się teraz podziać.
Jak czerwonowłosy skończył siedemnaście lat, mając już swój charakterystyczny kolor włosów, natrafił wspólnie z tatą na jednego z członków Świetlików. Jak młodszy Park nie wiedział co myśleć o tej sytuacji, widział mocne przekonanie i nadzieję w oczach taty, dał się zaciągnąć w ich szeregi, kończąc teraz na przemycaniu żywności, łącznie z bronią i amunicją, co robi z lekką niechęcią.
Aparycja: Jak na swoje pochodzenie, wzrost metr osiemdziesiąt pięć jest uważany za raczej wysoki. Chłopak przy okazji waży sześćdziesiąt dziewięć kilogramów. Ramiona, wspólnie z brzuchem Chanyeol'a mają mocny zarys mięśni, które wytworzyły się w trakcie ucieczek czy najzwyklejszych ćwiczeń, które wykonywał w chwilach spokoju, czyli jak tata nie popędzał go do dalszej podróży. Jego cera, będąca wiecznie pokryta jakimiś zadrapaniami, siniakami czy rozcięciami, należy do tych, które wahają się między określeniem, że jest opalona, a z drugiej strony blada. On sam jednak uważa, że karnację ma muśniętą słońcem, ze względu na ilość czasu spędzonego na dworze bez ukrywania ciała od światła słonecznego, choć teraz woli zarzucić coś na siebie, nie zwracając uwagi na stan odzieży wierzchniej. Czuje, że jest to jakaś dodatkowa ochrona dla niego, co zapewne prawdą nie jest, ale może sobie tak wmawiać.
Włosy Yeol'a odznaczają się czerwonym kolorem. Od czasu do czasu pojawia się czarny kolor ze względu na odrosty, ale chłopak postarał się o to, aby wyłapać jak najwięcej farby do włosów i wszystkiego co potrzebne, będąc ostatnim razem w sklepie. Skupiając się dalej na twarzy chłopaka, znajdują się tam brązowe oczy z niemałymi tęczówkami oraz podobne do postaci z Gwiezdnych Wojen, Yody, uszy. Kiedyś szczerze ich nienawidził, ale po jakimś czasie w końcu się do nich przekonał, nie chcąc przejmować się takimi drobnostkami.
Ubiór Chan'a nie wyróżnia się zbytnio z tłumu, ponieważ nosi się on głównie w kolorach czerni, czerwieni oraz niebieskiego, woli nie szaleć zbytnio, skoro i tak prędzej czy później będą w złym stanie.
Orientacja: Biseksualny
Steruje: 육군.
Ciekawostki:
Znajomość ojczystego języka wciąż mu została, więc potrafi posługiwać się koreańskim oraz angielskim. Niewiele umie, ale za to dużo rozumie z języka japońskiego.
Mimo sytuacji jaka zastała, i tak jak nadarzy mu się okazja, to weźmie farbę do włosów i zmieni ich kolor. Nie robi tego jednak za często, ze względu na coraz większą ilość zarażonych znajdujących się w okolicach byłych marketów, gdzie dostęp do farby był dla niego najprostszy.
Ma miękkie serce dla małych dzieci, szczególnie do tych, które nie przekraczają wieku 3 lat, więc jak spotyka takie gdziekolwiek, nieważne w jakim stanie, jest zdolny do zaprzestania czegokolwiek co robi i zapragnie się nim zająć.
Alkohol jak i inne używki go obrzydzają, sam zażył może raz, dla samego spróbowania i automatycznie mu zbrzydły. Nie ma nic do osób, które piją, palą czy Bóg wie co jeszcze, ale rzadko kiedy decyduje się na większe spędzanie czasu z takimi ludźmi.
Uczył się gry na gitarze jeszcze będąc w Korei i kontynuował w Ameryce, co teraz może wielce przydatne nie jest, ale lubi sobie pogrywać od czasu do czasu, podobnie ze śpiewem, choć na nim skupił się o wiele mniej, był i jest on takim dodatkiem. Mówiono mu, że przyjemnie się go słucha ze względu na niski głos, który podobno nie pasuje do jego osoby.
Przez osoby, które znają go dłużej i mocniej, czyli jego pocieszną stronę, nazywany był i rzadko kiedy teraz, ale się zdarza, szczęśliwym wirusem. Gdy jest już radosny czy tym podobne, zaraża to często ludzi dookoła. Jednak teraz, nie zdarza się to tak często jak przed rozprzestrzenieniem grzyba oraz gdy jego siostra była wspólnie z resztą rodziny.
Inne zdjęcia: x x x x x

od Jane - cd. Edgara

Pot lał mi się po karku strumieniami. Rana na policzku okropnie piekła i emanowała bólem. To samo mogłam, rzec o swojej nodze na, którą nie chciałam zwracać uwagi, co szło mi coraz trudniej.
- Maraton z reguły nie jest dobrym lekarstwem na zwichniętą kostkę - odezwał się. - To poważne schorzenie i jeżeli nie kieruje się pani do szpitala lub znajomego znachora, to pozwolę sobie stwierdzić, że wychodzenie w takim stanie było głupotą. A moje lekarskie sumienie nie pozwala mi zostawić tego nienastawionego.
- Śmiem stwierdzić, że została już udzielona mi pomóc - zmałpowałam jego wypowiedź. Kto jeszcze tak mówi w tych czasach? I jeszcze słowo znachor. Druida tu tylko brakuje.
- Widać, że ten, który opatrywał twoją nogę, nie znał się na swym fachu - zlustrował mnie szybko spojrzeniem, a jego wzrok zatrzymał się na szramie na moim poliku.
- Tak nie znał się - przyznałam mu rację, poprawiając coraz bardziej ciążący mi plecak. - A teraz pan wybaczy, ale nie mam czasu do stracenia, bo długa droga przede mną - kiwnęłam głową i wyminęłam mężczyznę, który zmarnował mój czas. - Do widzenia doktorku.
Ciężar na plecach coraz bardziej mnie dobijał i na dodatek noga zaczęła emanować coraz mocniejszym bólem. Z rezygnacją siadłam na pobliskim krawężniku, ściągając obładowany plecak, z którego wyjęłam jedną z kilku manierek napełnionych świeżą wodą. Upiłam kilka łyków jeszcze zimnej cieczy. Miałam dość. Byłam wykończona. Nogi lekko mi się trzęsły, chociaż siedziałam na zimnym betonie. Na dodatek zaczęło się powoli ściemniać, a ja utknęłam w połowie drogi do mojego domu bez broni. Zaśmiałam się gorzko do siebie. Żołnierz, który nic nie umie zrobić. Czułam się jak mała dziewczynka. Zagubiona w wielkim i okrutnym świecie. Bez przyjaciół i rodziny. Zmuszona stawić czoła przeszkodą samodzielnie inaczej marny jej los. Taka byłam naprawdę. Głęboko w środku. Na zewnątrz utworzyłam powłokę silnej i niezależnej dziewczyny, która twardo stąpa po ziemi, ale taka nie byłam. Przetrwałam w tym świecie tylko dzięki myśli, że spotkam brata. Znowu go zobaczę i już nigdy go nie opuszczę.
Widziałam zamazane kształty. Różne Przedmioty zacierały się i wirowały. Policzek, na którym była rana strasznie piekł i bolał. Zamrugałam kilka razy chcąc przywrócić ostrość widzenia. Udało mi się to po jakimś czasie. Leżałam? Tak, spoczywałam na jakiejś kanapie. Rozejrzałam się po małym pomieszczeniu. Ciężkie zasłony ukrywały okna, nie dopuszczając do pomieszczenia światłą, które uparcie walczyły, aby się przedostać do środka. Kolor ścian był dość przytłaczający, nie do określenia. Niedaleko mnie stał mały stoliczek a na nim postawiona byłą nadpalona zgaszona świeca. Zauważyłam też ciemnej barwy drzwi, za którymi pewnie kryło się wyjście. Podniosłam się z posłania, na którym dotąd leżałam. Nie miałam butów na nogach, a prawa kostka była obandażowana i już nie bolała. Na policzku czułam opatrunek zrobiony z precyzją.

<Edgar? c;>

środa, 22 lutego 2017

od Sandry

Wstałam kiedy słońce wstawało. Przeciągnęłam się i moją pierwszą myślą było – Kolejny wspaniały dzień wśród trupów. Spojrzałam za okno, które już dawno nie zostało umyte. Zeszłam na dół do kuchni. Mama i ciocia Izabella robiły właśnie śniadanie.
- Cześć kochanie - rzekła matka do czym podałam miskę pełną płatków zalanych mlekiem.
- Skąd to masz? – zapytałam.
- Rozdawali dziś prowiant - odpowiedziała.
Podeszłam do stołu. Podłoga zaskrzypiała. Usiadłam na krześle.
____

Wyszłam na poza strefę kwarantanny. Dziwnie cicho. Skręciłam w moją uliczkę. Przystanęłam i rzekłam: No super. Biegacze. Spanikowałam i zaczęłam biec w nadziei, że ucieknę.
Wrzaski były coraz głośniejsze. Zauważyłam jakby małe przejście między dwoma zrujnowanymi budynkami. Miałam już plan. Wbiegłam w nią i zatrzasnęłam metalowe, siatkowe drzwi. Byłam bezpieczna. Wzięłam głęboki oddech i pobiegłam przed siebie.
To wszystko dzięki mojemu strategicznemu myśleniu – pomyślałam dumna ze siebie. Biegłam truchtem lekko już zdyszana w kierunku lasu.
____

Wbiegłam zdyszana do lasu, oparłam się o stare drzewo na początku lasu. Wędrowałam po lesie w poszukiwaniu jakiegoś źródła wody. Kiedy w końcu znalazłam małą rzeczkę pochyliłam się aby sprawdzić czy jest zdatna do picia usiadłam na ziemi i napiłam się wody.
Pomyślałam - Muszę uważać na Czychacze,ponieważ mają wyostrzone zmysły słuchu oraz węchu. Czychacze polują najczęściej czekając w ukryciu na ofiarę. Sposób na walkę z tego typu przeciwnikiem jest identyczny co w przypadku Biegacza. Rzucamy butelką, wywabiając zarażonego z ukrycia, i atakujemy ostrym narzędziem od tyłu.
Podniosłam się i otarłam usta ręką rozglądając się podejrzanie. Wspięłam się na najbliższe drzewo.Widok? Jednym słowem? Wydawało się, że za chwile ten świat przepadnie, zawali się. Po prostu zniknie. Rozwalone domy i oczywiście te bestie co latają się po ulicy jakby były u siebie. I znowu zabujałam w obłokach: Ciekawe jakby to było gdyby to świństwo nie wybuchło? Sami doprowadziliśmy siebie do zagłady. Chciałam już zejść, a tu proszę bardzo! Zbliżają się! Biegacze musieli mnie znaleźć i to chyba ci sami.
Pomyślałam - Ci idioci się nie odczepią?!... Myśl, Sandra skup się! No przecież!
Wyjęłam z kieszeni mały poręczny dynamit po czym znowu zaczęłam swój monolog - Wiedziałam, że kiedyś mi się przydasz. Odkręciłam i nie marnując czasu rzuciłam.
Pojawił się dym, a później wybuch. Wielki wybuch i chwila nadziei. Dym zniknął, a ja zobaczyłam leżących przeciwników, ale jest jeden minus. Drzewa nie są odporne na dynamity. Rzekłam - No mądra ja!


<Jane?>

wtorek, 21 lutego 2017

od Edgara - cd. Jane

Z punktu widzenia szanującego się pracoholika, ten dzień wcale nie należał do najlepszych. Edgar od rana zdążył bowiem dostać jedynie grupę pacjentów z tak pospolitymi dolegliwościami jak delikatne wstrząśnienie mózgu, zwichnięte kolano czy wybity palec. Żadnych operacji, żadnych przypadków wychodzących w najmniejszym stopniu poza klasyczne kryteria przeciętności, słowem - nic, co mogłoby uchronić go przed nieuchronną w takie dni nudą. A ten dzień dosłownie nią zionął, i dlatego też zdecydowanie nie był dobry. Daleko mu było co prawda do tych najgorszych, najokropniejszych, przepełnionych największym złem, jakie kiedykolwiek widział ten świat, i generalnie rzecz ujmując nienadających się do zniesienia, ale dobrym również nie można było go nazwać.
Jakby tego było mało, koło południa zaczęła odzywać się jego migrena, uparcie nawracająca w ostatnich miesiącach, których noce mężczyzna spędzał w dużej mierze w wojskowym laboratorium lub przy własnym biurku, zgarbiony nad notatkami, próbując w przyćmionym świetle starej, zakurzonej już nieco lampy po raz kolejny rozgryźć budowę komórek grzyba odpowiedzialnych za nagłe zmiany zachodzące w organzmie zarażonej ofiary. Ból jak zwykle zaczynał się dość niewinnie - pierwszy pojawił się znajomy ucisk w okolicach skroni i zatok, potem nieprzyjemne kłucie gdzieś za oczodołami. Edgar ścisnął palcami mostek nosa, zamykając oczy z ciężkim westchnieniem, by chwilę później odchylić się z powrotem na oparcie zużytego już mocno krzesła. Okulary, zdjęte, wylądowały obok cienkiej teczki pełnej dokumentów na stoliku należącym do czegoś, co kiedyś było dość przytulną szpitalną kafeterią, a dziś przypominało bardziej nadzwyczaj zaniedbaną szkolną stołówkę.
Wskazówki starego zegara wiszącego na ścianie naprzeciw wejścia -i wciąż jeszcze jakimś cudem działającego - dochodziły właśnie do pięć po czwartej, kiedy do pomieszczenia wmaszerował z uśmiechem godnym okładki jednej z tych modnych gazet wydawanych jeszcze piętnaście lat temu Jack Moore.
- Ciężki dzień? - zagaił, wślizgując się na miejsce naprzeciw Edgara. Ten obdarzył go zmęczonym spojrzeniem.
- Raczej bezczynny - odparł, przesuwając papiery w stronę drugiego lekarza. Założył okulary z powrotem i wstał. - Zajrzyj wieczorem do dwudziestki ósemki, rana zaczęła mu się babrać, a rano pojawiła się gorączka. Przemywane trzy razy dziennie, ale wolę żebyś miał na niego oko, nie chcę żeby wdało się zakażenie. Jeśli temperatura znowu skoczy, zleć pielęgniarkom zimną kąpiel.
- Pewnie - Jack skinął głową, nie odrywając wzroku od karty pacjenta. - Dam ci znać jeśli coś będzie się dziać. Do jutra.
Podmuch ciepłego wiatru uderzył go w twarzy, gdy Edgar pchnął drzwi wejściowe i zbiegł po prowadzących do nich niskich schodkach. Dopiero przy wyjściu z terenu szpitala przystanął na chwilę, podnosząc wzrok ku poprzecinanemu białymi obłokami niebu. Było przyjemnie ciepło i całkiem słonecznie, prawdopodobnie ostatnia szansa nacieszenia się tegoroczną dobrą pogodą. Czasami prawie żałował, że nie mieszkał dalej od miejsca pracy.
Zdążył pokonać już ponad dwie trzecie drogi do domu, gdy przekorny los postawił na jego drodze powód do kolejnego zwolnienia kroku, a ostatecznie nawet i przystanięcia. Młoda kobieta po drugiej stronie ulicy miała widoczne problemy z wygodnym i bezbolesnym stawianiem prawej nogi, choć wyraźnie szła w zaparte i starała się ów fakt ignorować. Plecak przerzucony przez ramię raczej jej w tym specjalnie nie pomagał.
Edgarowi nie trzeba było powtarzać dwa razy. Czerwona lampka z napisem "ranny, potrzebna pomoc" natychmiast zapaliła się w jego głowie i zanim zdążył pomyśleć dwa razy, już praktycznie zastępował kobiecie drogę.
- Maraton z reguły nie jest dobrym lekarstwem na zwichniętą kostkę - odezwał się. - To poważne schorzenie i jeżeli nie kieruje się pani do szpitala lub znajomego znachora, to pozwolę sobie stwierdzić, że wychodzenie w takim stanie było głupotą. A moje lekarskie sumienie nie pozwala mi zostawić tego nienastawionego.


<Jane? ;D>

od Jane

Ostrożnie uchyliłam powieki i rozejrzałam się po pokoju, w którym się znajdowałam. Leżałam na starej obdartej kanapie, a w powietrzu unosiły się drobinki kurzu. Światło dostawało się do pomieszczenia przez szpary w zabitych deskami oknach. Tapeta z kwiatowym motywem odrywała się od brudnych ścian, a podłogę zdobił gruz z osypującego się sufitu. Jedyne słowo opisujące to mieszkanie to rudera, która niestety jest moim domem. W Detroit pojawiłam się niedawno. Przenieśli mnie tu wraz z oddziałem, do którego należałam. Wstąpiłam do wojska tylko po to, aby znaleźć brata. Z czasem widzę, że ta decyzja była lekkomyślna. Mam takie dni, kiedy pluję sobie w brodę za moje nieprzemyślane zachowanie. Niestety czasu nie cofnę i muszę żyć z moimi grzechami.
Kolejna wyprawa zakończyła się niepowodzeniem. Wypad do sąsiedniego miasta po zapasy i rekrutację nowych ochotników do wojska skończył się dla nas tragicznie. Straciliśmy dwójkę młodych ludzi. Zostali zaatakowani przez zarażonych, kiedy schodzili do kanałów. Tomiemu udało się wrócić i zdać raport co się dzieje w podziemnych tunelach. W akcie wdzięczności dostał kulkę między oczy od naszego dowódcy. Często zwykli żołnierze byli likwidowani po walce z zarażonymi, nawet, wtedy kiedy nie mieliśmy z nimi bezpośredniego kontaktu.
Każdy z nas był poobijany i miał liczne zadrapania na ciele. Sama dostałam ostrym kamieniem, który rozciął mi lewy policzek. Prawdopodobnie miałam też zwichniętą kostkę w prawej nodze, co dyskwalifikowało mnie na razie z czynnej służby. Zostałam na razie zawieszona, a do pracy(?) wrócę na pewno już wkrótce. Bycie żołnierzem, którego zadanie jest ochranianie bezpiecznej strefy, nie jest wcale łatwe. Wiele razy się o tym przekonałam na własnej skórze. Tu dostałam kilkoma kamieniami lub strzelano do nas bez konkretnej przyczyny. Trzeba było się jakoś przystosować, co na szczęście mi się udało zrobić po części. Ludzie ze strefy mieli nas za potwory. Brano nas za tych złych. Ludzie w strefie nie zwracali uwagi na niebezpieczeństwo, bo wiedzieli, że my stoimy na straży. Tylko jak długo jeszcze?
Z trudem dotarłam do swojego mieszkania? Chyba można tak nazwać tę ruderę, w której mieszkam i egzystuję, kiedy nie jestem na służbie. Moje gniazdko mieściło się w opustoszałej kamienicy, w której nikt nie mieszka oprócz mnie i kilkoma szczurami, które swoją drogą są bardzo uciążliwe. W nocy słyszę ich głośne tuptanie i piski. Choć zakładam przeciw nim pułapki, to one jakoś magicznie je omijają, ale mniejsza o szczury. Odstawiłam swój sprzęt pod ścianę, gdzie było jego miejsce, a sama przebrałam się w wygodniejsze i lżejsze ubranie niż mundur, który daje popalić w szczególności, kiedy jest gorąco lub obficie leje. Odświeżyłam się trochę i przyjrzałam swojemu odbiciu w lustrze. Rana na pliku paskudnie wyglądała. Dookoła rozcięcia skóra była zaróżowiona i lekko opuchnięta. To zły znak. Jeśli wdało się zakażenie, to długo nie pociągnę. Przemyłam skaleczenie czystą wodą, która została w manierce z niedawnej akcji. Bolało jak diabli, ale cóż zrobić? Po bawieniu się w pielęgniarkę powłóczyłam się na swoją kochaną kanapę, na której prawie cały czas spędzałam moje życie. Nie miała gdzie wychodzić. No, chyba że na dach, który porastała trawa i truskawki z poziomkami. Można uznać to za mój własny ogródek.
Utykając na zranioną nogę, przedzierałam się przez ulice bezpiecznej strefy. Byłam zmuszona wyjść z mojego azylu, ponieważ dziwnym trafem zapas wody mi się skończył. I tak oto znalazłam się pośrodku Detroit z plecakiem na plecach ranna i spragniona.


<Edgar? c;>

poniedziałek, 20 lutego 2017

od Mallory - cd. Luciena

Kącik ust Mallory uniósł się delikatnie na wspomnienie dawnego życia. Mały dom, rodzice, bracia, Greg i dni, kiedy jedynym zmartwieniem było znalezienie dobrej kryjówki podczas zabawy w chowanego.
- To może się wydawać głupie. - Kobieta zrobiła drobną pauzę sprawdzając czy Lucien na pewno jest zainteresowany jej odpowiedzią.
- Przestań. Sam byłem dzieckiem, więc dobrze wiem jak naiwnie widzi się wtedy świat. Nie ma potrzeby się krępować - odpowiedział przeczesując ręką jasne włosy. 
Mallory nawiązała kontakt wzrokowy z mężczyzną i poczuła się naprawdę dziwnie. Hamilton swoim spojrzeniem, zawsze wywierał na nią nacisk. Raz kazał milczeć, a raz się odezwać. Błękitne oczy Luciena niczego jednak nie sugerowały. Nie wywierały presji. Nie beształy. Pełne były za to wyrozumiałości, która momentalnie rozwiązała kobiecie język.
- Kiedyś jeden z braci powiedział mi, że ludzie potrafią znikać. Od tak sobie, bez większego powodu. Puf i już kogoś nie ma. Niestety mu uwierzyłam i przez jakiś czas chodziłam z czerwoną wstążką zawiązaną na ręce, a drugi jej koniec bez przerwy przyczepiałam do innych ludzi. No, wiesz bałam się, że oni wyparują i ja zostanę sama... Mógłbyś przestać się uśmiechać? To wcale nie jest zabawne. To jest po prost głupie. - Usta Mallory wygięły się delikatnie, a jej ręka cisnęła w Luciena pluszowym misiem leżącym na biurku.
- Ale ja wcale nie twierdzę, że jest. - Mężczyzna osłonił twarz przed zabawką i wbił wzrok w sufit. Mina gwałtownie mu spoważniała. - Tak jak strach przed własnym odbiciem w lustrze, które może cię do niego wciągnąć. I jak gołębie. Gołębie już szczególnie nie są śmieszne.
- Boisz się gołębi? - zapytała Mallory przygryzając wargę, żeby nie uśmiechnąć się od ucha do ucha.


- A ciebie nie przerażają te małe i pełne obłędu, oczy? Skąd możesz wiedzieć co knują w swoich nieobliczanych mózgach. 
_____

Im dłużej ze sobą rozmawiali, tym obraz Luciena w głowie Mallory nabierał coraz wyraźniejszych kształtów. Z imienia i osoby na, której towarzystwo została poniekąd skazana, przeobraził się w postać z krwi i kości posiadającą jakąś przeszłość. Ostatecznie pytania przerwało ssanie w żołądku kobiety. Dopiero kiedy jej własny organ zaczął się domagać posiłku uświadomiła sobie, że nie pamięta kiedy po raz ostatni miała coś w ustach.
Mallory zsunęła się niezgrabnie z biurka. Jej wzrok przebiegł po umorusanej twarzy Luciena i zniszczonym ubraniu. 
- Okazało się, że jakimś cudem jest tu bieżąca woda, więc możesz się umyć, a ja w tym czasie przygotuję coś do jedzenia. Pasuje? - zaproponowała bawiąc się rękawem.
Mężczyzna pokiwał twierdząco głową, wstał z łóżka i skierował się do łazienki z ciałem samobójcy.
- Lepiej idź do tamtej. - Mallory zagrodziła mu drogę, a następnie wskazała lekko uchylone drzwi po przeciwnej stronie korytarza. 
- Dlaczego? - zapytał marszcząc delikatnie brwi.
- Bo pewnie nie masz ochoty kąpać się w towarzystwie trupa.
Mina Luciena jednoznacznie wskazywała, że nie zamierza się o to kłócić.
_____

Po chwili niezbyt intensywnych poszukiwać Mallory odkryła mały schowek pełen konserw, które powinny nadawać się jeszcze do spożycia. Korzystając ze srebrnego otwieracza uchyliła wieko puszki z fasolą, a następnie tej z brzoskwiniami. Ich  zawartość wylała do czterech miseczek, które następnie zaniosła do salonu. Było to duże pomieszczenie pełne pustych dębowych regałów i rodzinnych fotografii wiszących na ścianach. W jego centrum stała maleńka sofa przykryta białym prześcieradłem, które Mallory zrzuciła jednym zdecydowanym ruchem. Niestety materiał zawinął się dziwacznie i dotknął rany kobiety. Nogę przeszył tępy ból, a głowa wystosowała zalecenie, że lepiej będzie jak założy w końcu opatrunek.
Kiedy Mallory wchodziła po schodach na górę, Lucien wciąż jeszcze brał kąpiel. Szum wody napawał ją teraz strachem. Nie usłyszeliby gdyby Klikacze podeszły pod dom. Byli zupełnie odsłonięci. Z wielkim trudem powstrzymała się jednak od zapukania do łazienki i poproszenia mężczyzny o wyłączenie wody. Chwila odpoczynku należała się im obojgu.
Mallory zabrała z komody alkohol oraz bandaże, które wcześniej tam zostawiła, po czym wygrzebała z pary swoich starych spodni, zdjęcie rodzeństwa. Było pomięte, naderwane i trochę poplamione, ale kobieta traktowała je jak najcenniejszy skarb. Włożyła fotografię do kieszeni, z myślą, że musi znaleźć lepszą kryjówkę, po czym zbiegła z powrotem po schodach.
_____

Mallory starała się właśnie uporać z krnąbrnym bandażem, który za nic nie chciał współpracować, kiedy Lucien pojawił się na dole i usiadł obok niej na kanapie. Miał na sobie nowe, czyste ubranie. Z pod granatowego swetra wystawał biały kołnierzyk koszuli, a ciemne spodnie zostały lekko podwinięte. Wilgotne włosy mimo usilnych prób mężczyzny okazały się równie nieznośne co bandaż Mallory.
- Ucztą bym tego nie nazwała, ale i tak jest lepiej niż zazwyczaj - powiedziała wręczając Lucienowi miskę z fasolą. - I udało mi się zorganizować deser - dorzuciła jeszcze i znów zaczęła męczyć się z nowym opatrunkiem, który cały czas wyślizgiwał jej się z rąk, bądź wykręcał jak dżdżownica.
- Dzięki - odparł Lucien i zaczął jeść. Ich ramiona delikatnie się stykały, a Mallory wychwyciła w powietrzu zapach, którego wcześniej nie było. Woń cynamonu, pomyślała.
- Słuchaj, nie wiem jak ty, ale ja chcę wrócić do Detroit. Mój brat tam został i muszę go koniecznie znaleźć. Nie będę też ukrywać, że wolałabym nie iść tam sama, bo... - Mallory wypuściła głośno powietrze dostrzegając jak głupio zapędziła się w kozi róg. - W ludziach zawsze coś zostaje z dzieci. No, rozumiesz o czy mówię, nie? - Spróbowała zasłonić się aluzją, ale nie wyszło jej to zbyt zgrabnie. - Kurde. - Mallory rzuciła bandażem o stół i przejechała dłonią po skroni. Miała już dość tego, że materiał wciąż nie chciał się jej słuchać. - O co w tym wszystkim chodzi? - szepnęła jakby sama do siebie.


<Lucien? Nie ma problemu z zarażonymi, ale bandaże to już wyższa szkoła jazdy.>

od Luciena - cd. Mallory

To nie tak, że miał zamiar podglądać. Mallory po prostu zostawiła uchylone drzwi. 
Kiedy rozeszli się po domu, kobieta, lekko powłócząc zranioną nogą, skierowała się na piętro. Lucien rozejrzał się nieco niepewnie po ogromnym pomieszczeniu. Znajdował się w czymś w rodzaju holu. Po obu stronach można było dostrzec puste futryny w drzwiach, które czas lub cokolwiek innego wzięło w swoje posiadanie. Mężczyzna zdecydował się pójść w lewo. Przekroczył próg, którego kiedyś prawdopodobnie zdobiła listwa. Drewniane panele zamieniły się na popękane płytki. Zmianie uległa również boazeria. W przedpokoju brudnoszara teraz niemal beżowa. Wnioskując z wysokich blatów, wysepki na środku pomieszczenia oraz leciwej kuchenki gazowej, był w kuchni. Na myśl od długich latach bez prądu, powstrzymał się od sprawdzenia zawartości lodówki. 
Przysiadł na stołku barowym z cierpiętniczym westchnieniem. Gdzieś z tyłu głowy włączył się alarm, informujący o zmianie otoczenia i niosący ze sobą niepokój. Zdławił w sobie narastającą panikę. Choć tak bardzo chciałby być w tym zasranym Detroit. Chociaż już wiedział, że tej nocy nie zmruży oka, to przecież nie mogło mu teraz odwalić. 
Lucien zgarbił się i opierając łokcie o kolana, nerwowo przeczesał palcami włosy. Nagle zamarł. Do jego uszu dobiegł szum wody. Prysznic, pomyślał. Zaciekawiony, Howland podniósł się ze stołka i ruszył powoli schodami w górę, starając się stawiać kroki jak najciszej. Przez zabite okna wpadało bardzo niewiele światła, zresztą zbliżał się zmierzch. Tak czy inaczej, długi korytarz tonął w półmroku. Podłoga wyłożona grubym dywanem skutecznie tłumiła odgłos kroków, ale przy każdym ruchu w powietrze wzbijał się tuman kurzu. Na ścianach w sporych odstępach wisiały najróżniejsze ozdoby. Od zdjęć, przez obrazy, do osobliwych, egzotycznych masek i wachlarzy. 
Przedostatnie drzwi po prawej stronie były lekko uchylone. Howland wahał się chwilę, ale w końcu wsunął głowę w otwór. 
W kącie niewielkiej, ale rażąco kolorowej sypialni stało lustro, w którym przeglądała się jakaś kobiet... Mallory, uświadomił sobie Lucien ze zdumieniem. Twarz wydobyta wodą, jak zaklęciem, z kurzu i krwi wyglądała... zupełnie inaczej. Z tego samego powodu, duże, migdałowe oczy, mimo iż nadal były podkrążone, nabrały intensywniejszej barwy. Jest piękna, pomyślał Lucien z dziwną obojętnością. Odchrząknął lekko.
- Mogę?
Mallory odwróciła się do niego, nadal przyciskając do siebie delikatną sukienkę w kolorze pogodnego nieba. Szybko kiwnęła głową. Niemal z żalem odłożyła ubranie na bok, starannie je składając. Zimny materiał przelewał się przez palce. Mężczyzna przeszedł przez pokój i opadł ciężko na łóżko, które skrzypnęło przeraźliwie, ale go utrzymało. Dopiero teraz odkrył, że towarzyszka zgubiła gdzieś swój dawny strój. Zniszczone i splamione krwią spodnie zmieniła na przylegające do ciała jeansy, a podartą koszulkę na golf. Zupełnie nie przypominała zimnej i zdecydowanej osoby, którą napotkał w ciężarówce. Sam nie był pewien, co powinien o tym sądzić. 
Kobieta oparła się biodrami o biurko naprzeciwko niego i zlustrowała go spojrzeniem.
- Chyba przyda nam się odpoczynek, nie?- spytała niepewnie. Lucien kiwnął głową z roztargnieniem, zaprzątnięty swoimi myślami. Milczenie zapadło między nich jak ciężka kurtyna. Żadne nie miało siły, by ją podnieść. 
Gdzieś za zabitymi deskami powoli gasło słońce, a przynajmniej tak można było przypuszczać, bo niebo zakryły kotłujące się chmury. Po kilku chwilach pierwsze krople zabębniły o parapet. Z początku, jakby nieśmiało, wkrótce przerodziły się nieustanny szum. 
- Lubisz czekoladę?- Głos Luciena był nieco ochrypły od długiego milczenia. Opadł na plecy i wlepił wzrok w sufit. Kawałek tynku opadł mu na nos. 
- Słucham?- Twarz Mallory wykrzywiła się w zabawnym wyrazie zaskoczenia. 
- Zapytałem, czy lubisz czekoladę. 
- Ale dlaczego?
Właśnie, dlaczego?
- Chyba jesteśmy na siebie skazani, prawda? Trochę niezręcznie by było, gdybyśmy absolutnie nic o sobie nie wiedzieli. Przynajmniej takie podstawowe informacje. Jeśli nie chcesz, nie musisz odpowiadać. 
- Nie, nie- zaprotestowała szybko.- po prostu mnie zaskoczyłeś. Podstawowe mówisz... Tak, lubię czekoladę.- Zasępiła się.- To znaczy, lubiłam. Zanim to wszystko, no wiesz. 
Kobieta wykonała nieokreślony gest ręką jakby nakreślając to "no wiesz" i usadowiła się wygodniej na biurku. Oparła podbródek na dłoniach, a łokcie na kolanach.
- W takim razie możemy zadawać sobie po jednym pytaniu. W porządku?- Nie czekając na odpowiedź, rzuciła:- ulubione jedzenie.
Lucien przekręcił się tak, by móc na nią spojrzeć. Mokre włosy przerzuciła przez ramię, a w oczach czaiły się iskierki.
- Lasagna. Przynajmniej kiedyś.- Skrzywił się.- Pewnie teraz już tak by mi nie smakowała.- Teraz ja... Twój najbardziej irracjonalny strach z dzieciństwa?


<No, Mallory? xd>

niedziela, 19 lutego 2017

Dopóki walczysz, jesteś zwycięzcą.


U m i e s z   l i c z y ć,
l i c z   n a   s i e b i e.


Imię: Sandra
Nazwisko: Smith
Wiek: 27 lat
Płeć: Kobieta
Data urodzenia: 08.02.2004
Rodzina:
  • Ojciec - Robert Smith, czasem nerwowy, ale nigdy nie agresywny... czysty geniusz, starał się wynaleźć szczepionkę,niestety zginął w wyniku zatruciem się cyjankiem potasu (samobójstwo).
  • Matka - Julie Smith, zawsze cierpliwa i kochająca matka, nieumiejąca posługiwać się bronią, dąży do harmonii i spokoju, cudem jeszcze żyje, ogromna szczęściara, ponieważ nie mało razy uciekła grupom Biegaczy czy też Klikaczy.
  • Wujek Bob - mieszka w nowej Zelandii.
  • Ciocia Izabella - mieszka razem z matką Sandry.
Związek: Brak
Przynależność: Na ogół neutralna, lecz czasami dostaje misję od wojska.
Praca: Przenosi zdobywaną żywność, broń czy leki do strefy kwarantanny.
Umiejętności: Ma świetną orientacje w terenie, bardzo dobrze zna surviwal przetrwania. Rozpalenie ognia, zrobienie pułapek to do niej łatwizn. Szybko ocenia sytuacje i działa  strategicznie.
Charakter: Zawsze miała trudne życie, więc z tego powodu jest bezuczuciowa i skryta. Nie ufa nikomu, zawsze czujna i gotowa zaatakować. Nie lubi kłamstwa i ceni sobie szczerość do bólu.Wykorzystuje ironię. Jest pesymistką. Jest niezależna i odpowiedzialna. Na tyle odważna i szalona aby wskoczyć w ogień aby uratować nieznajomą osobę, pomocna, ale zawsze gotowa by zabić w miarę potrzeby. Stąpa twardo po ziemi i nie buja w obłokach. Trudno ją zdenerwować. Nie da sobie wejść na głowę dwuznacznie czy też nie. Jej jedynym marzeniem jest aby ten koszmar się skończył. Bardzo pracowita i ambitna,a kiedy coś robi to porządnie.
Historia: Dzieciństwo miała inne niż od innych dzieci, ponieważ nie miała przyjaciół. W szkole na przerwach chodziła sama, gdy ojciec umyślnie się otruł podczas pracy cyjankiem potasu załamała się i przestała wierzyć, że świat jest piękny. Najważniejsza jest dla niej rodzina, którą broni jak umie własną piersią.
Aparycja: Wysoka i szczupła, nawet przesadnie. Ma blond włosy i piękne tajemnicze pełne burzących się w nich uczuć. Ma pełno blizn,większość na nogach i rękach, ponieważ nie raz uciekała do lasu i chodziła na bosaka kiedy wzrosła epidemia.
Orientacja: Heteroseksualna 
Steruje: Koniara2004Kociara
Ciekawostki:
  • Umie jeździć konno 
  • Nigdy nie miała chłopaka
  • Samotniczka
  • Kocha wyrażać siebie poprzez sztukę
Inne zdjęcia: Brak

środa, 15 lutego 2017

od Mallory - cd. Luciena

Kiedy z głębi ciemnego korytarza wysunęła się zdeformowana sylwetka Klikacza, Mallory odnosiła dziwaczne wrażenie jakby jej ciało nagle gdzieś zniknęło, pozostawiając po sobie jedynie unoszącą się w przestrzeni świadomość i gałki oczne. Zdarzyło się bowiem to czego bała się najbardziej. Była w ciemnym, wilgotnym podziemnym pomieszczeniu, a otwierający się przed nią korytarz przypominający gardziel potwora, wypluwał zdeformowane ciała pochłonięte tylko jedną myślą. Jeść.
Gdyby ktoś nie chwycił Mallory za nadgarstek i pociągnąwszy ją za sobą nie zmusił do biegu, pewnie nigdy już by sobie nie przypomniała, że ma ręce, a tym bardziej nogi. Lucien zachował zimną krew.
Pędzili długim i wąskim korytarzem zostawiając za sobą wycie pełne najprawdziwszego bólu. Klikanie jednak nie cichło, a wręcz przeciwnie. Z każdą chwilą narastało jak brzęczenie muchy, która obniża lot by usiąść na pokrytym potem, ciele. 
Skręcili gwałtownie w prawo i niespodziewanie wyrosły przed nimi wysokie betonowe schody zakończone szeroko otwartymi drzwiami. Ktoś jednak zablokował przejście dębowymi meblami i Lucien musiał się dużo napracować, żeby odepchnąć regał z książkami blokujący większość miejsca.
Mężczyzna zwinnie wskoczył na masywne biurko i wyciągną rękę by pomóc Mallory. Nagle za jej plecami odezwał się dziki ryk. Stojąc już jedną nogą na meblu, kobieta wykręciła się do tyłu i oddała dwa strzały w nadbiegającego zarażonego. Tylko jedna z kul dosięgnęła celu.
- Prze... - zaczął Lucien, ale nie zdążył dokończyć, bo Biegacz chwycił go za ubranie, po czym zrzucił z biurka. Mężczyzna upadł z głośnym hukiem na drewnianą podłogę pomieszczenia, które pełniło pewnie kiedyś funkcję gabinetu. Ze ścian patrzyło osiem par inteligentnych oczu, raczących intruzów mieszanką pogardy i wstrętu.
Zarażony pochylił się nad Lucienem, który nie zdążył się jeszcze całkowicie pozbierać.
Nieznanego pochodzenia ból przeszył kostkę Mallory, ale nie miała czasu się tym przejmować. Skoczyła Biegaczowi na plecy obejmując go rękami tuż pod szyją, tak żeby jego zęby nie dosięgnęły skóry. Zarażony wierzgał i młócił rękami, ale kobieta miażdżyła mu już tchawicę. W końcu ciało przeciwnika zaczęło odpuszczać, aż zupełnie osunęło się na ziemię.
Mallory pomogła wstać przerażonemu Lucienowi i wybiegli z pomieszczenia, kiedy nowi zarażeni zaczęli przechodzić już przez dębowe biurko.
_____

Po długiej i wyczerpującej ucieczce trafili do małego pokoju stanowiącego kiedyś królestwo miejscowych sprzątaczek. Pełno było tu różnego rodzaju mopów, mioteł oraz szufelek, a półki uginały się pod ciężarem środków czystości. Brudne okno wychodziło na potężny las. Mallory i Lucien upewniwszy się, że żaden zarażony ich nie widzi, zamknęli drzwi pomieszczenia i podstawili klamkę metalowym krzesłem. 
Oboje padali już z nóg. 
Kobieta ciężko dysząc oparła się o ścianę. Czuła jak adrenalina powoli przestaje skwierczeć w żyłach, a serce powraca do właściwego rytmu.
- Nie ruszaj się - powiedział niespodziewanie Lucien, a Mallory spojrzała na niego zdziwiona. Trzymał kurczowo w ręce fragment nożyczek wycelowany prosto w nią. Ale dlaczego? Dlaczego na twarzy mężczyzny malowało się przerażenie? Dlaczego... I nagle zdała sobie sprawę, że tak wyglądają ludzie patrzący na kogoś kto został właśnie zainfekowany. Skazany na śmierć. Ale Mallory nic nie ugryzło. Była czysta jak łza. Chciała mu coś powiedzieć, rzucić, że nie powinien się tak zachowywać, jednak poczuła wówczas dziwne ciepło w okolicach kostki. Odwróciła się i zobaczyła, że cały but oraz nogawka przesiąkły krwią. To się pewnie stało gdy była na biurku. Coś ją zabolało, ale wówczas nie myślała dlaczego. Schyliła się gwałtownie i zaczęła odsuwać mokry materiał. Musiał to zobaczyć. Musiał pomyśleć o tym, że zarażony ją ugryzł. Mallory poczuła jak nowa fala potu spływa po rozpalonym karku.
Kiedy zamiast odciśniętych w skórze zębów zobaczyła trzy długie szramy po paznokciach zarażonego, kobieta z głośnym świstem wypuściła powietrze.
- Będę żyć - parsknęła i usiadła na ziemi.
Lucien pokiwał głową, po czym przykucną na metalowym taborecie. Siedzieli długo w milczeniu. On pochłonięty własnymi myślami wbijał czujny wzrok w okno. Ona robiła prowizoryczny bandaż ze ścierek, które znalazła na półce.
Nagle za drzwiami rozległy się kroki i pojękiwanie.
Mallory dała Lucienowi znak, żeby zachowywał się cicho, po czym oboje bardzo ostrożnie wstali. Kobieta skrzywiła się nieznacznie, kiedy adrenalina dopuściła w końcu nerwy do głosu i jej nogę przeszył tępy ból. Bardzo delikatnie otworzyła okno, rozejrzała się czy nikogo nie ma w okolicy, po czym weszła na parapet. Wówczas ktoś zaczął szarpać za klamkę i Lucien, który wciąż jeszcze był w pokoju, dosłownie wypchnął Mallory na zewnątrz.
- Kurwa... - syknęła przez zagryzione wargi kuląc się z bólu. - Pojebało cię... - skomentowała chwilę później fakt, że mężczyzna prawie na niej wylądował.
- Przepraszam - rzucił niedbale i pomógł kobiecie wstać. 
Choć Lucien dosłownie ciągną Mallory w kierunku lasu, ona odwróciła się i zasunęła delikatnie okiennicę.
Zobaczyła jeszcze tylko przewrócone krzesło oraz lekko uchylone drzwi. Czyjaś brudna ręka zatopiła paznokcie w framudze. 
- Nie zatrzymuj się - szepnęła do mężczyzny i oboje ruszyli biegiem zostawiając za sobą ponure budynki.
_____

Jak długo szli? O tym Mallory nie miała bladego pojęcia. Wiedziała tylko, że zraniona noga bolała coraz bardziej, a poobijane ciało odmawiało posłuszeństwa. Żeby odpocząć musieli jednak najpierw znaleźć jakiś dach nad głową, bo zbierało się na deszcz.
W końcu los się jednak do nich uśmiechną, bo na polanie przed Lucienem i Mallory wyrósł ogromny biały dom pokryty w niektórych miejscach bluszczem. Wszystkie okna pozabijano deskami, a główne drzwi wyglądały na naprawdę solidne.
- Zatrzymamy się tutaj? - zapytał Lucien, ale nie oczekiwał na odpowiedz, bo oboje dobrze wiedzieli, że nie mają zbyt dużego wyboru. 
Kobieta pierwsza weszła na mały ganek trzymając broń w pogotowiu i spróbowała otworzyć drzwi. Zamek od razu puścił, po czym Mallory najzgrabniej jak tylko w tamtym momencie potrafiła, wślizgnęła się do środka. Zrobiła dokładny obchód wszystkich pokoi pełnych mebli poprzykrywanych białymi prześcieradłami i odkryła, że poza rozkładającym się w jednej z łazienek ciele samobójcy, dom był pusty. Mallory wróciła na ganek i dała Lucienowi znak, że może wejść. Oboje zablokowali główne drzwi potężną komodą, a następnie oderwali deski z jednego okna na piętrze, by stworzyć sobie ewentualną drogę ucieczki. 
- Rozejrzyjmy się po domu - powiedziała Mallory i skierowała kroki na pierwsze piętro. W łazience (tej bez trupa) znalazła bandaże oraz butelkę alkoholu, po czym przypadkowo trąciła jeden z kranów i z przyjemnym szumem do umywalki zaczęła lać się woda. Kobieta osłupiała na moment. Bieżąca woda. Bieżąca woda tutaj w Kanadzie! Nie potrafiąc się powstrzymać zamknęła drzwi łazienki na klucz, zrzuciła ubranie i weszła pod brudny prysznic. Zimna jak lód woda zadawała jej ból, ale ulga związana ze zmyciem z siebie całego potu, krwi i kurzu rekompensowała to w całości. W końcu zakręciła wodę, owinęła się jednym ze szlafroków, po czym wyszła z łazienki. Skierowała się do sypialni należącej kiedyś zapewne do nastolatki. Ściany pełene były plakatów z filmów dla młodzieży, wszędzie walały się lakiery do paznokci, a szafa pękała w szwach od ubrań. Mallory udało się wygrzebać z niej granatowy obcisły golf, parę rurek oraz nową bieliznę i skarpetki. Niektóre rzeczy okazały się na kobietę trochę za duże, ale nie przeszkadzało jej to zbytnio. Podwinęła nogawkę spodni by nie urażać jeszcze nie zabandażowanej ponownie rany.
Już w nowym stroju przejrzała się w lustrze i przez ułamek sekundy zdawało się Mallory, że patrzy na dawną siebie. Tą śliczną dziewczynkę dorastającą w szczęśliwej rodzinie. Wrażenie to jednak szybko minęło i znów była zniszczoną wspomnieniami kobietą. 


Westchnęła cicho, po czym odwracając się zobaczyła leżącą na ziemi sukienkę. Podniosła ją delikatnie i patrząc znowu w lustro przyłożyła do siebie. Kiedyś bardzo lubiła chodzić w takich rzeczach.
Nagle do pokoju zajrzał Lucien.


<Lucien? Teraz mogą pogadać. c:  >